pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

CHRYSTUS PRZYCHODZI O ZMROKU (opowiadanie wigilijne)

Dziś zapraszam na wigilijne opowiadanie: „Chrystus przychodzi o zmroku”

Nasz pies Norton - był wyjątkowo pięknym, długowłosym i niezwykle wszechstronnym owczarkiem belgijskim. Obdarzony gęstym futrem, był nieprawdopodobnie odporny na złe warunki atmosferyczne, a zarazem odważny i mądry. Mimo swej groźnej postury był bardzo przyjazny i łagodny wobec ludzi, tak znajomych jak i obcych. Dzieci uwielbiały się z nim bawić, a szczególnie nasza ukochana córeczka Nicole. Niestety, jego stosunek do ludzi, nie przekładał się na dobre relacje z osobnikami jego własnego gatunku…

Sądzę, że gdyby Norton urodził się w wilczym stadzie byłby z pewnością samcem Alfa i rzucałby się do gardła wszystkim wilkom, które ośmieliłyby mu się, nie podporządkować. Czyniłby to tak długo, póki trafiwszy na potężniejszego przeciwnika - sam by nie poległ w tym turnieju na śmierć i życie, którego władcą jest od tysięcy lat... Natura.  

 A trzeba Wam też wiedzieć, że Norton, był licencjonowanym psem ratowniczym Pogotowia Górskiego.  Brał udział nie tylko w wielu górskich akcjach ratunkowo-poszukiwawczych, ale także na wezwanie Policji szukał osób zaginionych w lasach i jarach, a na wezwanie  Państwowej Straży Pożarnej, bardzo często szukał ludzi w gruzowiskach katastrof budowlanych pobliskiego Śląska. Jego przewodnikiem była moja żona „Szarotka”, a jego przywiązanie do niej, stało się wręcz legendarne. Zawsze szukał zaginionych z tak olbrzymim zapałem i determinacją, że wyglądało na to, że jest niezniszczalny. Pracował tak niezwykle intensywnie, aby tylko zasłużyć na jej akceptację… Szukając, działał jak w transie, a nawet jeśli instynkt ostrzegał go przez rosnącym zagrożeniem, nie ustawał.  Byli zawsze nieodłączną parą. Dziewczyna i wielki pies. Parą, źle znoszącą jakiekolwiek, nawet najkrótsze, rozstania. Zespołem profesjonalistów, łączących doskonale swe siły i przekazującym sobie wzajemne dobre emocje, co przekładało się na wyjątkowo skuteczne przeprowadzenie każdej akcji. 

I tak płynęły lata ich ofiarnej służby dla ludzi.
Niestety, z upływem czasu Norton skończył 12 lat, co z zasady jest już wiekiem sędziwym, dla każdego psa...

 I wówczas, pewnego dnia, stała się rzecz niezwykła…

***

 Nadeszła oto kolejna zima, a z nią popołudniowe ciemności, które w grudniu zapadają bardzo wcześnie… Norton od lat, miał taki zwyczaj, że biegając luzem po ogrodzonej Bazie Biwakowej, na której stało nasze Muzeum Ratownictwa i Sportów Górskich, zawsze wybiegał, aby przywitać nas, wjeżdżających autem terenowym, na plac parkingowy. Pojawiał się od strony drzwi kierowcy i merdając ogonem nadstawiał swój czarny grzbiet domagając się pieszczot, jako rekompensaty za smutny czas kiedy zostawał sam.

 W pewien wigilijny wieczór, gdy wróciliśmy po dyżurze do domu na późną wieczerzę, pies podbiegł do nas jak zwykle i w ciemności, po omacku został jak zwykle poklepany. Jednakże po otwarciu drzwi domu, zastaliśmy w izbie, ku naszemu zaskoczeniu, uradowanego Nortona zamkniętego tam rano przez pomyłkę. 

- Jeśli ty jesteś tu, co za pies nas witał na placu? – wykrzyknęliśmy zdumieni, patrząc jak Norton, który wybiegł z domu, bawi się z przybłędą.
Nasze niedowierzanie potęgował fakt, że nie spotkaliśmy do tej pory jakiegokolwiek psa, (gdyby się tu nawet przypadkiem zabłąkał), który by w obłędnej panice, ze skowytem i podwiniętym ogonem, nie uciekał z placu przed kłami zajadłego Nortona. Bowiem Norton na Bazie Biwakowej "Tabor", panował niepodzielnie jak Wielki Wezyr.

 ***

Niestety z powodu wezwania do kolejnego wypadku musieliśmy tego wieczora jeszcze raz pojechać do siedziby Pogotowia Górskiego i wówczas znów zobaczyliśmy tego dziwnego psa. Leżał na mrozie w śniegu pod autem, a jego sierść pokryta była szronem. Jednocześnie, co ciekawe, Norton zamiast zaciekle pogonić przybłędę, kompletnie nań nie reagował.

- Pewnie to suka - pomyślałem i dla porządku, wyjeżdżając, wyprosiłem ją z placu za ogrodzenie.

 Jednakże, ku memu zdziwieniu, po powrocie, pomimo zamkniętej dokładnie bramy, zastałem ją znów na placu, nie niepokojoną bynajmniej przez psiego władcę Bazy. Ponadto świecąc latarką w ciemności zorientowałem się, że jednak nie jest to suka!  

- Co u diaska?! – pomyślałem oniemiały, ale nie był to koniec zdumiewających zdarzeń tego dnia, bowiem gdy wyszedłem z domu, żeby dać jeść Nortonowi, zobaczyłem, że ów pies-przybłęda podchodzi do miski i JE RAZEM z nim!!!
Koniec świata! Dotychczas, marny byłby los, nawet z któregokolwiek z psów ratowniczych, w końcu - kolegów „po fachu” Nortona, gdyby któryś choć tylko zbliżył pysk do jego karmy … a tu? Proszę! Rzecz niebywała! Nasz pies zupełnie nie reaguje, na bezczelne zżeranie jego porcji, a nawet się uprzejmie odsuwa!

***

 Następnego dnia Przybłęda znów czekał na nas pod autem, zakopany w śniegu po czubek nosa…

 Przyjrzałem mu się uważnie. Był to duży owczarek niemiecki czarny, podpalany, krótkowłosy. Pod grubą sierścią z niezwykle obfitym podsierstkiem, będącym rozpaczliwą obroną organizmu przed mrozem, był przeraźliwie chudy. Reagował nerwowo na każdy gwałtowniejszy ruch lub krzyk. Panicznie bał się miotły, żerdzi, kabla i schylania po jakikolwiek przedmiot leżący na ziemi, jakby w przeszłości był bardzo bity.  Jednocześnie… paradoksalnie, uwielbiał głaskanie, tuląc się ostrożnie do rąk, aby… z byle powodu nagle, histerycznie odskoczyć. 

Wyglądało na to jakby ten pies, jako szczeniak, był kiedyś w domu pełnym dzieci, które bawiąc się z nim rozpieszczały go, ale potem gdy podrósł, dorośli wyganiali go z domu tłukąc niemiłosiernie ze złością. Być może, jako maleńki szczeniaczek był „prezentem” pod choinkę - znienawidzonym później, że nie jest już żywym, małym "pluszakiem", tylko dużym psem, który chce dużo jeść i zajmuje miejsce? 
Kto to wie? 

Niemniej ten pies był tak psychicznie „zdeptany”, że skowyczał rozpaczliwie, nawet jeśli tylko chwyciło się go za fałd skóry na karku. Ponadto był przemarznięty, wycieńczony i straszliwie głodny, co widać było po jego olbrzymim zainteresowaniu każdym śmietnikiem w okolicy i łapczywym zżeraniem tam wszelkich pokrytych pleśnią odpadków.

 Zastanawialiśmy się z Szarotką co z tym fantem zrobić. Obcy, duży pies, o długich, ostrych zębach, na bazie bardzo często pełnej ludzi, to duży problem. Jeśli kogoś ugryzie (nawet sprowokowany albo w panice) to stworzy to duży kłopot dla gospodarzy…

 Popatrzyliśmy na Nortona – psy już codziennie razem wybiegały, aby nas przywitać, a w wolnych chwilach dokonywały radosnych wyścigów po Bazie. Trzeba było w tej kwestii coś zdecydować: odwieźć go do schroniska dla zwierząt albo… zostawić, przyjmując jak swego.

W końcu zapadła wspólna decyzja: NIECH ZOSTANIE! 

No i w jej konsekwencji musiała nastąpić wizyta u  weterynarza i konieczne, obowiązkowe szczepienia. Potem, pewnie pierwsza w jego życiu kąpiel, czesanie i obroża przeciw pchłom.
Ale jakie dać mu imię? 
Propozycji było, aż za dużo. Trudno się było zdecydować, a przecież jakoś psa trzeba wołać…

Pewnego dnia Przybłęda, w pewnym sensie, pomógł nam w podjęciu decyzji. A było to tak: 
Przygotowałem obiad dla naszej niepełnosprawnej córeczki Nicole i postawiłem go  na stole. Po pewnym czasie, przyszła do mnie i powiedziała z żalem, jak zwykle posługując się monosylabami: 
- Tatuś! Obiad!
Dzieci z Zespołem Downa kochają jeść, więc starając się hamować jej zapędy rozbuchanego apetytu spytałem zniecierpliwiony: - Co znowu? Chcesz drugi?
Na to ona – Tatuś! Ja, nie jadłam!
Wziąwszy ją za rączkę przyprowadziłem do stołu i wskazując na pusty talerz pytam: - A to?

Dziecko na to uparcie: - Tatuś! Ja tego nie jadłam!
Ponieważ dzieci z Zespołem Downa nie kłamią, więc rozglądnąłem się podejrzliwie za sprawcą… Przybłęda leżał pod ścianą z niewinną miną i oblizywał się szeroko, a obok niego stała psia miska, pełna nietkniętej karmy.

 - Mam cię, żarłoku! – pomyślałem na początku ze złością, ale później przyszła refleksja, że przecież taka istota, która, aby przeżyć, musiała nie wiadomo ile czasu polować i kraść wszystko co się nadawało do zjedzenia – będzie korzystać z każdej okazji zdobywania dodatkowego pożywienia, choćby miała go pod dostatkiem. Przynajmniej przez jakiś czas…

 I tak los zdecydował o imieniu dla naszego nowego domownika, którego nazwaliśmy - „Hunter” co po angielsku oznacza: łowcę lub myśliwego .

 *****

 Przyszło lato. Dzień był kapryśny jak w marcu. Raz wyglądało słońce, a raz padał deszczyk. Szarotka czekała na grupę wspinaczkowo-survivalową młodzieży z jakiejś szkoły z Warszawy, bawiąc się z Nortonem. Czekając, miała tego dnia niezwykle dużo czasu na zabawę z nim i ćwiczenia, co się
w jej straszliwie zabieganym życiu często nie zdarzało. Piskom i biegom wśród krzewów nie było końca.

 Nagle, pomimo promieni słońca, zaczął padać przelotny deszcz. Szarotka schowała się więc pod wiatę siadając krześle. Norton został na trawie w ogrodzie i warując spoglądał na nią uważnie spomiędzy łap strzyżąc uszami. Na jego puszystej sierści krople deszczu, prześwietlone promieniami słońca, wyglądały jak wielobarwne klejnoty…

 - Ej tam! Norton! Chcesz urosnąć? - zaśmiała się lekko.

Pies podniósł się, podszedł i położył się, jak lubił, pod stołem, kładąc jak zwykle, swój ciężki łeb na jej stopach. Również, jak to miał we zwyczaju, westchnął głęboko.
Gdy sięgnęła po ręcznik by go wytrzeć – już nie oddychał…
Zmarł cicho, u stóp Tej, którą kochał nad życie.

 *****

 Po śmierci Nortona został nam w domu przyprowadzony przez niego, a teraz osamotniony Hunter. Zmienił się jednak nie do poznania. Uznał teraz nasze obejście za swoje i tak jak kiedyś Norton, teraz on czujnie ściga wszystkich niepożądanych gości, takich jak: dzikie psy, koty, szczury, krety, łasice i wiewiórki nadchodzące z lasu… a czasem i złych ludzi.

Zwiększył masę ciała, porósł gęstym futrem, nabrał też pewności i odwagi.

 Pilnując sumiennie Bazy znalazł na starość pracę, ciepłą budę i pełną miskę, co w dzisiejszych, trudnych czasach, nie jest rzeczą łatwą do zdobycia, nie tylko dla psów, ale i dla ludzi...

 Patrząc jednak na niego, zawsze będę miał w pamięci tego przerażonego i wycieńczonego owczarka niemieckiego, którego Norton, nasz apodyktyczny król psów ratowniczych, zaprosił w mroźną i śnieżną, grudniową noc, na ucztę do swej miski, jak wyjątkowego gościa…

 Dlaczego to zrobił? Tego się nigdy nie dowiemy…

Być może jedynie on, swym czystym, psm sercem, dostrzegł w wynędzniałym przybłędzie sylwetkę nierozpoznanego przez nas Chrystusa, który pod postacią przemarzniętego do szpiku kości, zbitego i głodnego psa, odwiedził wówczas nasz dom, szukając ciepła i współczucia, w ten nieludzko lodowaty, wigilijny wieczór?

Piotr van der Coghen
słowa te skreśliłem w 2012 r 
w upalnej Etiopii w Afryce Wschodniej
podczas Misji Polskiej Akcji Humanitarnej 

 

Komentarze:


 

 

Captcha  

2014-12-26 00:08:26, Gość

Jak to Pan pięknie napisał. Rzeczywiście niesamowite jak los zwierząt z losem ludzi się splata.

zgłoś nadużycie

2014-12-26 00:16:18, Anka

Mieć dobre serce to podstawa człowieczeństwa. Niektórzy ludzie powinni uczyć się tego od zwierząt!

zgłoś nadużycie

2014-12-26 07:09:07, EDWARD SIECZKOWSKI

CUDOWNE OPOWIADANIE Z WIELKIM PRZESŁANIEM.

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga