pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

GOTOŁAZI NA WÓZKACH INWALIDZKICH

Był prawdziwym spirytus movens swej Fundacji. Stary, tęgawy, przybierający nieco postać szlagona z dawnych, ziemiańskich czasów. Nadjechał kiedyś pod siedzibę Pogotowia Górskiego w Podlesicach bryczką zaprzężoną w dwa konie, powożąc osobiście. Widziałem, że ma jakiś szatański pomysł, lecz on zwlekał. Dopiero przy „jurajskiej herbatce” wypalił: „A może byście moich sparaliżowanych uczestników obozu opuścili z wózkami na linach na dno jaskini?”…

Trochę mnie, przyznam zatkało, bo przecież tej zaczarowanej herbaty nie było znów tak wiele, żeby uczestnicy spotkania mogli mieć tak nieodpowiedzialne pomysły… Tymczasem jednak Stanisław Duszyński zw „Duchem”, bo to o nim mowa, Prezes i założyciel toruńskiej  Fundacji Ducha na Rzecz Rehabilitacji Naturalnej Ludzi Niepełnosprawnych , był śmiertelnie poważny.  Gdy próbowałem go odwieść od tego pomysłu, w jego oczach pojawiły się diabelskie ogniki i zaczepił: „ – Naczelniku! A mówiłeś, że twoi ratownicy są w stanie wykonać najbardziej skomplikowaną akcję w skałach i jaskiniach!”
Kiedy potwierdziłem, zapytał: „A cóż to za różnica, czy osobę bezradną wyciągasz z jaskini na powierzchnię czy opuszczasz w dół?”

Fakt! Nolens volens musiałem mu przyznać rację… w końcu nieprzytomny czy chociaż kontuzjowany grotołaz, którego przychodzi nam wyciągać z jaskini też jest na swój sposób w danej chwili niepełnosprawny…

Słowo się rzekło.

Było to prawie dwadzieścia lat temu...

Dwa dni po tamtej rozmowie dzień był bardzo ciepły, słoneczny. Wiatr oszałamiająco szumiał w koronach drzew. ..
Było nas ośmiu ratowników górskich z Jury. Pociliśmy się w słońcu czekając na niecodziennych gości u wylotu jaskini, ubrani w kombinezony speleo, kaski i inny konieczny sprzęt alpinistyczny.  Pojawili się kilka minut po umówionym czasie:  ekipa uczestników obozu Fundacji „Ducha” na wózkach i On sam we własnej osobie, w nieodłącznym kowbojskim kapeluszu. Począł jak zawsze  dynamicznie i sprawnie dyrygować gromadą składającą się zarówno z pacjentów jak i opiekujących się nimi wolontariuszy. Swe „prezesowskie” zwyczaje zatrzymał jednakże rozsądnie u progu jaskini, zdając się tu zupełnie na mnie i na moich ratowników. Byłem mu za to wdzięczny.

Ratownicy uświadomili na wstępie zebranym, że w głębi każdej jaskini należy liczyć się przez cały rok z temperaturą rzędu +5/+8 st C (czyli jak w domu w lodówce). W związku z tym, wspomagani przez wolontariuszy najpierw ubierali ciepło każdą osobę siedzącą na wózku inwalidzkim, a następnie zakładali jej uprząż alpinistyczną i kask. Każdy wózek był kolejno spinany taśmami używanymi we wspinaczce skalnej i wpięty karabinkami do rozciągniętych statycznych lin alpinistycznych.

Rozpoczął się transport na dno jaskini.  Wielkim problemem na początku był paniczny czasem lęk osób niepełnosprawnych przed sytuacją zupełnie dla nich nieznaną. Przed brakiem kontaktu wózka z podłożem, przed drganiami i szarpaniem wózka na wszystkie strony przez ludzi i liny. Trzeba było pobudzić ich ciekawość, a jednocześnie poprzez spokojną, rzeczową rozmowę zdobyć zaufanie.

Na szczęście po początkowych, zrozumiałych oporach, nasi zawodnicy okazali sie bardzo dzielnymi ludźmi. A przecież byli w różnym wieku, młodzi nastolatkowie i starsze panie ze sporą nadwagą...

Z każdym uczestnikiem zajęć siedzącym na wózku, zjeżdżało dwóch ratowników. Dodatkowy ratownik przemieszczając się swobodnie na własnej linie, ostrzegał zjeżdżających przed zmiennością terenu, a ponadto miał kontakt radiowy z ratownikami pozostałymi na powierzchni i opuszczającymi na linach zespoły zjeżdżające w głąb.

Praca szła powoli. Słychać było tylko czasem emocjonalne okrzyki opuszczanych inwalidów i ciężkie sapania ratowników. ..

Opuszczaliśmy ich kilka godzin. Systematycznie, spokojnie, jednego po drugim. Ci którzy byli na dole cierpliwie czekali na następnych, rozglądając się z ciekawością i pijąc gorącą herbatę podawaną im z termosów.

Gdy już wszyscy osiągnęli dno jaskini, zgasiliśmy na chwilę lampy czołowe i ogarnęła wszystkich kompletna ciemność… Tylko w takiej ciemności można poznać na czym polega czar jaskiń, wsłuchać się w nie i zrozumieć...

***

Potem przyszo nam wracać... Powroty są z reguły trudniejsze więc tak było i tym razem. Rzecz jasna jedynie założony przez ratowników na linach system wielokrążków umożliwił kolejne wyciąganie ciężkich wózków wraz ich właścicelami.

Słońce raziło boleśnie nieprzyzwyczajone doń oczy. Byli ubłoceni i bardzo zmęczeni, ale na ich twarzach czaił się uśmiech dany jedynie zwycięzcom  najwyższych szczytów świata...

U nich sprawdziło się w pełni powiedzenie: "Każdy ma swój Everest".

Gdy zapytaliśmy ich potem, co im się spodobało najbardziej, powiedzieli:
„Największe wrażenie zrobiła na nas ta ogromna cisza w głębi jaskini! Nigdy w życiu na powierzchni nie słyszeliśmy, żeby mogło być tak cicho, żeby słychać było nawet odgłos pojedynczych kropli skapujących czasem ze skalnego stropu na kamienie…

***

Wieczorem usiadłem ze zmęczonymi kolegami w izbie Centralnej Stacji Ratunkowej przy herbacie. Nic nie mówiliśmy, ale każdy z nas czuł, że podzielił się z kimś potrzebującym czymś najcenniejszym, co każdy chowa w głębi serca - miłością i pasją do gór...

 

Piotr van der Coghen
Warszawa, 15 września 2012 r 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga