pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ZDARZYŁO SIĘ RAZ NA POŁONINIE…

Ten pogodny dzień, nie zapowiadał się w Bieszczadach jakoś szczególnie. Niebo było zachmurzone, ale upał stopniowo rósł. Rano kierownik schroniska na Połoninie Wetlińskiej zszedł z pracownikami w dół, aby naprawiać rozmytą ścieżkę dojazdową…

Tymczasem w schronisku „Chatka Puchatka”, przycupniętym pod szczytową Hasiakową Skałą, wzrastał gwar budzących się turystów. W sali jadalnej było jeszcze spokojnie, przestronnie i miło. Tłok i wrzask wnoszony przez podchodzące od przełęczy liczne grupy autokarowe zwane popularnie „turystyczną stonką” miały dopiero przed południem opanować schronisko.

Gdy słońce stało już wysoko, sapiąc z wysiłku na kamienistej ścieżce zaczęli docierać pierwsi turyści. Najpierw szli ci „rasowi”, z plecakami, w mocnych butach na wibramie, posługujący się mapą i kompasem. Ci, którzy wiedzą, że w górach wstaje się wcześnie „żeby mieć wieczorem drugą parę nóg na zapas”, a plecaku prócz mapy, najważniejsze są: latarka, skafander przeciwdeszczowy i czekolada („na czarną godzinę”).

Później w schronisku na Połoninie Wetlińskiej pojawili się ci inni. Spoceni, zdyszani i umordowani, w sandałach lub gumowych tenisówkach i z siatkami. Niosący w sobie skrajnie różne emocje: od szalonego zachwytu ze zdobycia nowego szczytu, po wściekłość, że musieli się tak bez sensu męczyć.

Nadeszła też w końcu wycieczka z pewnej prywatnej szkoły podstawowej z Wybrzeża. Grupa charakteryzowała się niespotykanie wielkim wyczerpaniem większości uczestników i zdumiewająco dużą ilością dzieci z nadwagą. Grupę prowadził przewodnik górski.

Przybyli do schroniska padli zdyszani na ławach przed wejściem i dłuższy czas nie mogli dojść do siebie. W pewnej chwili dyżurny ratownik GOPR został zaalarmowany, że z jednym z uczestników dzieje się coś niepokojącego. Rzeczywiście. Bardzo otyły chłopiec wymiotował. Skarżył się poza tym na straszny ból głowy i to, że razi go światło. Było to dziwne, ale paradoksalnie na wysokości niewiele ponad 1200 m.npm. wskazywało to na rzadko tu spotykane objawy choroby wysokościowej.  Jednakże jeszcze większy niepokój ratownika GOPR wzbudziła nauczycielka tej grupy, która zgłosiła zachorowanie. Pani była sina na twarzy. Oddychała charcząc z olbrzymim trudem. Wyglądała na osobę, która się wręcz dusi…

Po krótkiej rozmowie ratownika z przewodnikiem i nauczycielami, wiele się wyjaśniło. To była klasa młodzieży gimnazjalnej, która przyjechała w nocy z nadmorskiej miejscowości położonej w depresji, na kilkudniowy pobyt w górach.
Co prawda przewodnik prawidłowo zaplanował dla tej grupy stopniowe poznawanie gór, ale kierowniczka tej wycieczki szkolnej nie zgodziła się na taki plan. Uznała, że dzieci muszą najpierw zdobyć jeden z najwyższych szczytów, żeby mieć satysfakcję, bo później może nie być pogody…

Wynajęty przewodnik chcąc nie chcąc musiał grupę poprowadzić zgodnie z wolą zleceniodawcy. Podjechali więc autokarem na przełęcz i ruszyli w stronę szczytu. Niestety, duża część młodzieży była z tych, którzy korzystają wiecznie ze zwolnienia z WF-u. Ten fakt połączony z niewyspaniem, szybką zmianą wysokości, upałem i spadającym ciśnieniem atmosferycznym powodującym duchotę, stał się przyczyną wystąpienia tak ostrych objawów choroby wysokościowej u chłopca.

Zasada udzielania pierwszej pomocy w takim wypadku we wszystkich górach świata (od Himalajów po Bieszczady) jest taka sama: w miarę możliwości – jak najszybciej w dół!

Ratownik GOPR uruchomił więc służbowego quada, aby zwieść chłopca na przełęcz do autokaru. Był w tym momencie sam. Jego kolega patrolował wówczas okoliczne szlaki. Niestety stan chłopca pogarszał się z minuty na minutę, a więc czas naglił. Obawiając się zachłyśnięcia wymiotami ratownik nie zdecydował się położyć chłopca w noszach w przyczepce ratunkowej i wziął go na siodełko quada.

Musiał też zabrać jednego nauczycieli jako opiekuna wiezionego dziecka. Wśród obecnego tam grona pedagogicznego, osobą, która również kwalifikowała się do natychmiastowego transportu w dół była kierowniczka wycieczki. Jej stan był wręcz niepokojący. Granatowa twarz, charczący oddech, mdłości…

Ruszyli więc powoli quadem w dół, stromą drogą pokrytą głazami.  Panowała spiekota. Chłopiec wciąż wymiotował na plecy ratownika. Muchy pobudzone odorem wymiocin, wirując nad ludźmi cięły na potęgę. Stary, wysłużony pojazd ratowniczy, pamiętający jeszcze dar Jurka Owsiaka z 1998 roku perkotał miarowo silnikiem. Hamulce piszczały, nie pozwalając zjeżdżającemu quadowi niebezpieczne rozpędzić się. Byli stopniowo coraz niżej…

Nagle tuż za zakrętem quad raptownie przechylił się tak gwałtownie, że cała trójka gruchnęła na ziemię. Spadający w bok pasażerowie ściągnęli wprost kierowcę z siodełka. Maszyna pobudzona mimowolnie dźwignią gazu przez spadającego ratownika skoczyła do przodu, lecz dzięki sprzęgłu odśrodkowemu po chwili samoczynnie zatrzymała się na skarpie  i… powoli przewróciła na bok. Urwane ze spracowanego zawieszenia jej przednie koło potoczyło się po ścieżce…

Potłuczony ratownik poderwał się z ziemi próbując podnieść pasażerów quada. Chłopiec był tylko zdziwiony i nieco oszołomiony – spadł bowiem na nauczycielkę, co zamortyzowało jego upadek, ale sama nauczycielka siedząca ostatnia, spadając wyciągnęła niestety odruchowo rękę do tyłu. Dynamicznie obciążona ręka trzasnęła jak suchy badyl…

Sytuacja ratownika była nie do pozazdroszczenia. Sam potłuczony i poobdzierany, miał dwie osoby z ostrymi objawami choroby wysokościowej w tym jedną z urazem kości długiej i… uszkodzony pojazd nie nadający się do dalszej jazdy. Przez radiotelefon wywołał więc Centralę prosząc o wsparcie. Na pomoc pośpieszyli ratownicy ze stacji ratunkowej w Ustrzykach Górnych. Nadbiegł też zdyszany kolega-ratownik będący na patrolu szlaków.

Siłą rzeczy musiał jednak minąć pewien czas zanim na miejscu wypadku pojawili się, ale teraz akcja ruszyła szybko. Przetransportowano poszkodowanych do przełęczy, gdzie nadjechała wezwana przez Centralę GOPR w Sanoku karetka pogotowia ratunkowego, której przekazano chorych turystów…

*****

Tak więc niewydarzony pomysł organizatora wycieczki, aby dzieci z Wybrzeża poprowadzić od razu na jeden z najwyższych szczytów bieszczadzkich, skończył się ostrą chorobą i komplikacjami - a oszczędzanie przez państwo na wydatkach na sprzęt do ratownictwa górskiego mogło skończyć się tragedią…

*****

Pewnego dodatkowego smaczku sprawie dodała informacja przekazana przez szpital: okazało się, że nauczycielka, którą przywieziono do nich z tego zdarzenia, wybrała się na tę nieszczęsną wycieczkę w góry – krótko po operacji chirurgicznej polegającej na resekcji części płuca… czyli w stanie zdrowia będącym absolutnym przeciwwskazaniem do wysiłku w górach!

W takich przypadkach mówi się, że najcięższym grzechem jest głupota ludzka, gdyż Pan Bóg stworzył przecież człowieka na podobieństwo swoje…


Piotr van der Coghen
Barcelona, 1 sierpnia 2012 r. 

 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga