pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

MAŁA CZARNA

Studia na Akademii Medycznej nie należą do najłatwiejszych. Metod na ich ukończenie jest wiele. Co prawda najbardziej zalecaną formą jest solidna nauka, ale zdarzają się próby jej obejścia i dotarcia do egzaminatora metodą zwaną powszechnie: „Przez pieska do cioci”. 
W połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, miał miejsce na Jurze szczególny wypadek, którego początkowym źródłem była niefartowna chęć kilku studentów medycyny, aby przypodobać się swemu profesorowi… 

Postać profesora owiana była na uczelni  legendami o jego bezwzględności  w egzekwowaniu wiedzy przekazywanej studentom na wykładach. Zyskał nawet wiele znaczące przezwisko „Kosa”. W kontekście plotek krążących o jego osobie opowiadano w akademikach następujący dowcip:

„Pewien Profesor zapowiedział surowo studentom, że nie będzie tolerował nieobecności na pisemnych sprawdzianach i wyłącznie ciężka choroba może być dopuszczalnym usprawiedliwieniem absencji. 
Na to jeden z „dowcipnych”  studentów wyskoczył z pytaniem:
- A jeśli jest ktoś wyczerpany seksem?
Profesor oparł na nim znad okularów, swe posępne spojrzenie i wycedził:
- W pańskim przypadku myślę, że wystarczy, że będzie pan pisał lewą ręką.”

****

Jednak przy całej swej, wręcz legendarnej  surowości, ten wymagający wykładowca miał pewną słabość. Była nią umiłowana córka, której pozwalał dosłownie na wszystko. Córka! Spełnienie latami wyczekiwanych marzeń…
Kruczowłosa, zgrabna, o pięknej brzoskwiniowej cerze i nieco orientalnej urodzie dziewczyna była obiektem westchnień wielu kolegów z liceum, do którego chodziła.
Jak to jednak u szesnastolatek bywa, imponowali jej raczej studenci.

Co prawda pozanaukowe życie akademickie koncentrowało się wówczas w popularnych klubach studenckich, do których wstęp mieli wyłącznie studenci za okazaniem legitymacji, ale zwyczajowo ładne dziewczyny wpuszczano tam zawsze bez ograniczeń bez względu na ich wiek.

Nie było więc dla nikogo zdziwieniem, że córka profesora o oryginalnej, urodzie, nazwana szybko  „Małą Czarną”, pomimo młodego wieku, stała się częstym gościem jednego z klubów.

Z tego faktu skorzystać postanowiła pewna trójka studentów czwartego roku wydziału lekarskiego, rozpoczynając szturm do jej serca nazywany przez niektórych „głuszeniem panienki”. Mówiono później, że cichym marzeniem zgranej paczki było wejście w tak bliską zażyłość z rodziną profesora, żeby móc docierać do słynnych testów przygotowywanych każdorazowo w domu przez profesora, na kluczowy egzamin... ale kto to dziś wie?

Jako studenci medycyny (a więc „prawie lekarze”) mieli na starcie u „Małej Czarnej”  zwiększoną szansę na sukces. Gdy zorientowali się, że dziewczyna kocha turystykę i góry, aby zwiększyć swoją przewagę nad konkurencją zaczęli jej opowiadać o swych rzekomych wyczynach wspinaczkowych. I tu trafili w dziesiątkę, bo nimb „alpinistów”  oczarował małolatę bez reszty.

Tymczasem nadszedł maj. Maj jest szczególnym miesiącem z kilku powodów:  rozkwitają nim uczucia, zbliżają egzaminy, a oprócz tego na Jurze wprost wybucha sezon wspinaczkowy. To też było przypuszczalnie powodem, że ktoś rzucił hasło o wyjeździe na wspinaczkę. Ciężkie to były czasy więc studenci chcąc zrobić wrażenie na dziewczynie pożyczyli od swego bardziej zamożnego znajomego „Malucha” (tak nazywano maleńkiego Fiata 126P) i zapakowawszy się doń z dziewczyną i sprzętem biwakowym – ruszyli na podbój Mirowskich Skał.

Niestety po dotarciu na polanę pod skałami zorientowali się, że zapomnieli liny i innego sprzętu koniecznego do wspinaczki… Widząc jednak zawód i lekką pogardę w oczach dziewczyny, przekonali ją, że z liną to wspinają się tylko „cieniarze” a oni, wolni ludzie, preferują „free climbing” i po prostu wspinają się bez asekuracji…
Dziewczyna niestety uwierzyła.

W tej sytuacji po rozbiciu namiotu i zjedzeniu kilku, przyrządzonych naprędce kanapek, chłopcy wzięli „Małą Czarną” na wspinaczkę. Wybrali dość wysoką, choć nieco "rzęchowatą" skałkę za Turnią Kukuczki i rozpoczęli wspinaczkę. Niestety mniej więcej w połowie ściany dziewczynę opuściły siły, natomiast ogarnęła ją  rosnąca panika. Zaczęła krzyczeć, że nie da już rady i żeby ją stamtąd ściągnąć. Panika dziewczyny udzieliła się studentom, którzy próbowali jej jakoś pomóc. Rozpaczliwe próby pomocy przechodzące w szarpaninę nie trwały długo i po chwili nieasekurowana dziewczyna poczęła się zsuwać po ścianie. Z dzikim krzykiem, w obłędnej panice chwytała się występów skalnych wyłamując wypielęgnowane paznokcie,  ale nie mogła już odwrócić losu. Po chwili jej ciało  wykonało krótki lot  i rąbnęło całym ciężarem o podnóże ściany.

Gdy zbiegli do tego miejsca, „Mała Czarna” charczała zwinięta w kłębek. Na trzęsących się rękach brakowało pasów zdartej skóry a palce z oddartymi paznokciami drgały spazmatycznie. Z rozbitej twarzy ciekła krew. Była półprzytomna, ale wymiotowała wypluwając z trudnością połamane zęby… Na domiar złego już po chwili uczestnicy eskapady zorientowali się, że nie nie ma ona czucia w nogach...

Dotychczasowa panika była niestety dopiero preludium następnych, irracjonalnych  działań studentów, którzy zupełnie stracili głowy. Rozległy się rozpaczliwe krzyki:

- Jezu! Już nie żyjemy! „Kosa” nas zabije!
- Co robimy?!!!
- Nie wiem? Gdzie tu jest pogotowie?
- Chyba dopiero w Dąbrowie! Nie! W Myszkowie!
- No to trzeba ją tam zawieźć! Szybko!
- Jak?!
- No przecież mamy auto od „Łysego”

Dwóch z nich pobiegło do „Malucha” wyciągnęło fotel pasażera. Wrócili biegiem. Podczas gdy koledzy ręcznikiem próbowali obetrzeć krew z twarzy dziewczyny, podnieśli ją i położyli na fotelu. Następnie cała ekipa przeniosła ją ostrożnie do auta. Żeby było „Małej Czarnej” wygodnie trochę oparcie fotela odchylili…  I nagle konsternacja – Kto pojedzie na pogotowie? Przez chwilę wszyscy chcieli jechać a po chwili nikt. Jakby sam fakt pokazania się w szpitalu z tak pogruchotaną dziewczyną czynił ich wspólnikami zbrodni…

Gdy ruszyli, po kilkudziesięciu metrach „Maluch” zakopał się w piachu. Obłędna szarpanina z wydobyciem go wyrabowała z nich wszystkie siły…

Gdy wreszcie dojechali na pogotowie ratunkowe do Myszkowa i wyciągnęli nastolatkę za ramiona z auta, dyżurny lekarz złapał się za głowę:

- Co wy robicie, Panowie!
- Jesteśmy studentami medycyny! To córka profesora… Ona spadła ze skały!
- Chyba ma złamany kręgosłup! Musimy jej pomóc!!!
- Ale dlaczego tak? Przecież z takim urazem nie wolno nikogo nosić w ten sposób! - krzyknął lekarz.
- Nie? Dlaczego?
- Bo można zupełnie przerwać rdzeń uszkodzonego kręgosłupa! Do cholery! Bo można doprowadzić do zupełnego paraliżu! Trzeba unieruchomić! Nie wiedzieliście o tym? - pytał zdumiony.
- Nie… Nie wiedzieliśmy...

***

Po przewiezieniu do szpitala w Myszkowie. Wszystko stało się jasne.
Buzię da się jakoś zszyć, połamane zęby wstawić, ale „Mała Czarna” już nigdy nie zatańczy na dyskotece.
Już nigdy nie pójdzie w ukochane góry.
Już nigdy nie stanie o własnych siłach.

Jest sparaliżowana od pasa w dół.
Jej śliczne, zgrabne nogi, stały się zbędnym balastem… Na zawsze.

Piotr van der Coghen
Barcelona,  31 lipca 2012 r


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga