pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

SKOK ANIOŁA

Było ich czterech. Młodych, roześmianych, odważnych komandosów z 6 Pomorskiej Powietrzno-Desantowej. Przyjechali z kolegą-cywilem w rejon Góry Zborów naładowani wiedzą przekazaną im podczas szkoleń przez instruktorów wspinaczki skalnej. Mieli wrażenie, że są prawie ekspertami alpinizmu.


Niestety, „prawie” robi wielką różnicę…

A zdarzyło się to prawie dwadzieścia lat temu…

Do Centrali Grupy Jurajskiej GOPR w Podlesicach wpadło dwóch zlanych potem i wyczerpanych biegiem żołnierzy. Chrypiąc z wysiłku krzyknęli do dyżurnego ratownika:

- Kolega!!!!
- Co z kolegą?
- Chyba nie żyje!
- Jak to chyba?
- No, ma rozwaloną głowę!...
- Co się stało?
- Nie wiemy... 


*****

Z Krakowa wyjechali o świcie, żeby mieć cały dzień na wspinaczkę. Celem ich był największy i najciekawszy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej rezerwat skalny zwany Górą Zborów.

Panowała cudowna, oszałamiająca  pogoda zwana czasem „pogodą motocyklistów” łącząca ostre słońce i chłodzący wiatr. Ten piękny dzień postanowili rozpocząć od ćwiczonej wielokrotnie u siebie „windy desantowej” zwanej też „tyrolką”. 

„Tyrolka” to świetna, skalna (lub wysokościowa) zabawa, która nie ma wiele wspólnego ze wspinaczką, natomiast charakteryzuje się tym, że bez specjalnego wysiłku uczestników dostarcza im mnóstwa emocji. Polega ona bowiem na skośnym rozpięciu liny alpinistycznej, silnie naprężonej pomiędzy oddalonymi nieco dwiema skałami (lub innymi obiektami) o różnej wysokości. Uczestnicy takich ćwiczeń wychodzą na wyższą skałę, a następnie wpiąwszy się w ową linę, zjeżdżają na skałę niższą. Oczywiście szybkość zjazdu wzrasta w tempie geometrycznym wraz z różnicą wysokości.

Tak się też stało i tym razem. Krucze Skały, będące pozostałością starego kamieniołomu, z którego pozyskiwano kamień do budowy lokalnych dróg, świetnie nadają się na „tyrolkę”. Mężczyźni wszedłszy na najwyższą ze skał zamontowali na niej górne stanowisko i od niego rozciągnęli linę nad pustką naprężając o drzewo rosnące pod drugiej stronie kamieniołomu, na jego niższym brzegu. Używali do tego celu świeżo zakupionego sprzętu alpinistycznego najwyższej klasy: rzadkich wówczas, zachodnich lin Beala oraz karabinków alpinistycznych z atestem UIAA i osprzętu speleo Petzla…

Wpinając swą uprzęż wspinaczkową za pośrednictwem lonży z karabinkiem alpinistycznym do podwójnego bloczka „Tadem” zapiętego na linie, mężczyźni po kolei dynamicznie, z rosnącą szybkością zjeżdżali „tyrolką” w dół, gdzie przed uderzeniem w przeciwległe skały zabezpieczała ich lina asekuracyjna.  Zabawa była świetna. Humory dopisywały. Słychać było wciąż syk bloczków po linie, jej brzęczący zaśpiew w chwili gwałtownego naprężania lin i wesołe okrzyki.

Czuli się swobodnie. Byli sami na białych, wapiennych skałach. Nad głowami przelatywał tylko wiatr, czeszący gałęzie drzew wyrastających ze skalnych szczelin …

Jednak w pewnej chwili „zwykłe” zjeżdżanie znudziło im się i kolega-cywil postanowił skoczyć „Na anioła”, to jest wystartować na „tyrolce” skacząc z krawędzi skały „na główkę” w przepaść.

Skoczył…

Przez chwilę zniknął kolegom z pola widzenia, ale po chwili pojawił się kilkanaście metrów dalej, zjeżdżając szybko po linie – ale wisząc śmiesznie na swej uprzęży, rozkrzyżowany z rozrzuconymi rękoma.
Gwałtownie szarpnięcie liny asekuracyjnej podrzuciło go wysoko i zatrzymało pęd zjazdu.

Normalnie w takich wypadkach zjeżdżający wydaje dziki okrzyk uwalniający emocje. Rozlegają się śmiechy i dogadywania. Jednakże nie tym razem… Zjeżdżający nie reagował na okrzyki kolegów. Wisiał bezwładnie na linie nie mówiąc słowa ani nie robiąc żadnego gestu…

Myśleli, że żartuje. Że udaje zemdlonego ze strachu. Że zaraz dzikim wrzaskiem radości oznajmi im, że:  „Jest zajebiście, Panowie!”

Ale on zwisał bezwładnie i nie reagował na płynące z góry zaczepki…

Towarzysze poluzowali więc asekurację powodując opuszczenie kolegi nad ścieżkę przed drzewem, o pień którego zamocowana była "tyrolka". Następnie sami zbiegli do niego pędem ze skał, wąską i stromą ścieżką…

Dobiegłszy, oniemieli z wrażenia. Mężczyzna wisiał bezwładnie w uprzęży nad piaszczystą ścieżką, z rozłupaną głową z której waliła krew.… Już nie oddychał.

Rzucili mu się na pomoc. Odpięli od liny i ułożyli na ścieżce. Jeden ściągnął koszulkę i próbował zatamować krew buchającą z głowy rannego. Drugi zaczął stosować sztuczne oddychanie i masaż serca…

- Pogotowie! Trzeba zadzwonić po GOPR! – rozległy się krzyki.
- Komórka! Kto ma komórkę?!
- Ja!
- Dawaj!
- Ale nie mam jej tu!
- To gdzie jest?!
- Zostawiłem w samochodzie!

Więc pozostawiając reanimujących przy rannym, dwóch rusza pędem, stromą ścieżką w dół, skacząc po wykrotach.
Dopadają auta! Szarpią klamkę! Zamknięte!!!

- Gdzie są kluczyki od tego cholernego auta!
- O malwa!…w plecaku na górze…

Więc znów biegiem, mieląc w zębach przekleństwa. Biegiem pod górę! Mimo, że krew pulsuje w skroniach a płuca charczą z wysiłku! Biegiem, dryblingiem wśród skał, przeskakując śliskie kamienie, wspinając się po stromej ścieżce!

A teraz, który to plecak?!!! Są identyczne cztery! Tu – nie ma! Tu – cholera, też! Wreszcie – są kluczyki! Teraz biegiem w dół! Któryś się przewraca, boleśnie raniąc udo na ostrych kamieniach! Nic to! Byle szybciej!
Ręce się trzęsą z wysiłku. Kluczyk nie trafia do zamka.
Otwarte! Gdzie ta komórka?!!! Nie ma? Spadła pod fotel!
- Jest, ale wyłączona!

- Niech to szlag trafi! Marek! Jaki do niej jest PIN?
- Nie pamiętam! Kupiłem ją dopiero przed wyjazdem!
- Nie pamiętasz?!!!
- No, nie pamiętam! Ale czekaj! To była data utworzenia GROMU! Pisz: 1990!
- OK.!
- Kurde! Ale tu nie ma zasięgu!!!
- Jak to: Nie ma zasięgu?!!! To co robimy?
- Jedziemy do Podlesic do GOPRu!

Stary samochód nie zapala! Długie, nerwowe „mielenie” rozrusznikiem powoduje tylko po kilku chwilach kompletne rozładowanie się akumulatora…

- Trudno! Dupa! Biegniemy! To niedaleko!…

Rzeczywiście to tylko niecałe dwa kilometry… Ścieżką leśną, potem asfalt po którym przelatują z wyciem klaksonów rozpędzone TIR-y, potem znów lasem, na skróty i ostatni, kilkuset metrowy morderczy odcinek w słońcu, po grząskim piachu…

 Po kilku minutach charczący z wysiłku żołnierze wpadają do Centrali Grupy Jurajskiej GOPR w Podlesicach:

- Kolega!!!!
- Co z kolegą?
- Chyba nie żyje!
- Jak to chyba?
- No, ma rozwalona głowę...
- Co mu się stało?
- Nie wiemy! Szybko! 
- Gdzie?
- Krucze Skały!!!

Dyspozytor natychmiast włącza klawisz „Wielkiego Brata”. We wszystkich pomieszczeniach Centrali, przez głośniki słychać jego głos:
- Zespół dyżurny! Wyjazd do wypadku!

Pierwsi wbiegają do dyspozytora kierowcy. Szybkie rozeznanie i  decyzja - najszybciej dotrze tam quad! Wskakuje nań dwóch ratowników medycznych z torbą reanimacyjną. Inni dopinają im przyczepę z noszami. Wyjazd!

Nim kurz opadł Dyspozytor łączy się z lotniskiem sanitarnym, aby rozeznać możliwość użycia śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.  W międzyczasie zbiegają się inni ratownicy. Wskakują do ratowniczego Land Rovera, który z wyciem sygnałów wypada na drogę…

*****

Na miejscu zdarzenia trwa zaciekła walka! Walka o życie. Przybyli na miejsce ratownicy GOPR przejęli pacjenta od wyczerpanych reanimacją żołnierzy i w rosnącym upale sami zmieniają się często. Niestety… ich intensywna akcja nie może już odmienić losu...
Nadjeżdża z wyciem wezwana karetka reanimacyjna z Myszkowa. Teraz lekarz i pielęgniarka przejmują zabiegi reanimacyjne. Wkłuwają się do żył, podają tlen, włączają defibrylator. Walczą kilkadziesiąt minut.  Po tym czasie lekarz mokry od potu i obryzgany krwią, której jest wszędzie pełno, mówi
– To koniec! Bo to i za późno i obrażenia są zbyt duże... Już nie „odpalimy go”! Cóż… Zabieramy ciało. Był młody i zdrowy. Będzie doskonałym, dawcą… Przynajmniej, może dzięki niemu ktoś inny będzie żył…

Karetka odjeżdża z jękiem syreny…

*****

Tymczasem wzrasta skwar. Tu gdzie przed chwilą kłębili się ludzie, krzyżowały się okrzyki i sygnały, jest teraz przeraźliwie cicho...
Chociaż nie! Gorące promienie słońca nagrzewają na piasku skrzepłą krew, nad którą natychmiast pojawia się rój owadów… Ich narastający brzęk zagłusza niemal szept liści poruszanych wiatrem. Ale i tak jest cicho…

Nadjeżdża policja z prokuratorem. To wypadek śmiertelny, więc oni i my robimy zdjęcia i szkic sytuacyjny zdarzenia… Prokuratur mówi: - Mam denata z roztrzaskaną głową, czy może mi Pan Naczelniku powiedzieć kto go tak urządził? No bo przecież sam sobie tak łba nie rozbił? …
Ale i dla mnie jest to zagadką. Ja też nie wiem, jak do tego doszło?… choć rozumiem starego prawnika, że oczekuje ode mnie, jako Naczelnika Pogotowia Górskiego - analizy przyczyn tego wypadku oraz czytelnej odpowiedzi… bo może kogoś trzeba będzie zamknąć?...
Tak więc nasze zadanie jeszcze się nie zakończyło…

Patrzę na miejsce gdzie na piaszczystej śnieżce, w kałuży krwi leżało chwilę temu ciało chłopaka. Zastanawiam się co się mu stało? Kijem bejsbolowym przecież nie dostał? Nie? To co rozłupało mu czaszkę? W co tak uderzył? Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że rozpędzony na „tyrolce” wyrżnął głową w drzewo. Ale nie!… przecież doń nie dojechał… Naprężone białe liny zapięte w dole o pień drzewa rosnącego przy ścieżce, idą wysoko w górę i tam nikną na tle białych skał. Po drodze nic nie ma. Żadnej przeszkody.
Chociaż…
Na ścianie skalnej, trzy metry poniżej szczytu, z którego mężczyźni zsuwali się aby pojechać „tyrolką”… widnieje półka skalna…
Może to o nią uderzył? Choć to chyba niemożliwe, bo przecież jest tak nisko, a przed nim inni zjeżdżali wielokrotnie i nic się nie przydarzyło…
W zadumaniu poleciłem jednemu z ratowników, żeby raz jeszcze zjechał tą nieszczęsną „tyrolką”, ponieważ sam stojąc z boku chciałem zająć się obserwowaniem pracy lin podczas zjazdu... Ratownicy sprawdzili prawidłowe działanie systemu i jeden z nich przygotował sie do jazdy. Gdy spokojnie zsunął się ze skały i ruszył „tyrolką” w dół, lina nośna ugięła się nieco, a stopy zjeżdżającego minęły półkę o jakiś metr… 

Jest! Mam wyjaśnienie! 
Przecież ten, który uległ wypadkowi skoczył ze skały pionowo na głowę! Miał długą lonżę, a ponadto przy tak szczególnie dynamicznym obciążeniu startowym lina nośna musiała ugiąć się na tyle silnie, że człowiek ten doleciał do półki uderzając w nią gołą głową (jeździli bez kasków), a następnie zadziałał system rolek zjazdowych, który porwał ciało i zwiózł je w dół… na Jego ostatni zjazd…

*****

A mieli wrażenie, że są silni, sprawni, solidnie wyszkoleni i że mają pewny, atestowany sprzęt najwyższej klasy…
Zabrakło im łuta zwykłego, ludzkiego szczęścia i powtórzyła się znów stara maksyma: „Żaden, najlepszy nawet sprzęt nie ma mózgu – musisz niestety użyć własnego…”

Piotr van der Coghen 
13 lipca 2012
Warszawa 

 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga