pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

SZCZĘKI

Słońce prażyło niemiłosiernie. Nagrzane jego promieniami skały niemal parzyły ręce wspinaczy. Białe, wapienne ściany oddawały przyjęte ciepło buchając wprost żarem. Podczas takiej kanikuły tłumnie do tej pory nawiedzane drogi wspinaczkowe na Jurze świecą pustkami, ale z kolei leśne skały biją rekordy popularności. Po prostu w taki upał las zapewnia ulgę w postaci cienia, wilgoci i tak upragnionej choćby odrobiny chłodu.


Niestety często zapominamy, że w takich temperaturach gotuje się nam chyba mózg, bo zaczynamy popełniać brzemienne w skutkach błędy…

Było południe. W gorącej dyżurce dyspozytora Centrali Grupy Jurajskiej GOPR panowała cisza, jeśli nie liczyć monotonnego brzęczenia much… Dyżurny ratownik drzemał na biurku nad telefonami ratunkowymi śniąc w dusznym pomieszczeniu o chłodnym wietrze na grani i lodowatych, alpejskich potokach…

Nagle u wejścia do Centrali rozległ się tupot nóg i do dyżurki wpadł pokryty kurzem i mokry od potu, młody człowiek ubrany charakterystycznie dla wspinaczy skałkowych w barwne, obcisłe leginsy, uprząż alpinistyczną i pantofle wspinaczkowe. Zdyszany zgłosił wypadek kolegi, który podczas wspinaczki odpadł od ściany i teraz leży pod skałą z zakrwawioną głową.

Wszelkie urazy głowy są niezwykle niebezpieczne w skutkach, więc siłą rzeczy takie zgłoszenie powoduje natychmiastowy wyjazd zespołu jurajskiego  GOPR na miejsce wypadku. Jeszcze tylko krótka rozmowa kierowcy ratunkowego Land Rovera ze wspinaczem lokalizująca zdarzenie i po chwili terenowa karetka w wyciem syreny wypada na drogę.

Takie lekkie, terenowe Land Rovery używane przez GOPR i TOPR, mogące wygodnie pomieścić 4-6 ratowników oraz nosze wysokościowe, a także według potrzeb, inny sprzęt ratunkowy i alpinistyczny, są niezawodnym środkiem transportu ratowniczego w górach i na Jurze.
Po kilku minutach ostrej jazdy takim autem asfaltową szosą trzeba było z niej zjechać i przejeżdżając przez głęboki rów kontynuować jazdę stromą, kamienistą ścieżką zanikającą wyżej wśród skał, drzew i krzewów. W gąszczu bujnej zieleni, momentami ciężko jest wybrać właściwą drogę i dlatego kierowcy starają się często jeździć na patrole podczas których markują dojazd pod konkretne skały. Premiuje im to szybkim i bezbłędnym dojazdem pod skały w chwili wypadku. Gdy każda minuta jest cenna.
Dla życia poszkodowanego oczywiście…

W końcu jest! Podjeżdżamy pod skałę, pod którą siedzi młody chłopak w uprzęży wspinaczkowej z zakrwawioną twarzą. Ma pokaleczone wargi i wybite z przodu zęby. Obok stoi kilku jego kolegów.

Pytany o to co się stało, młodzian z trudnością wybełkotał, że odpadł od ściany podczas wspinaczki. Coś nam tu jednak nie grało…
- Ejże, kolego! – zaprotestowaliśmy – Przecież , jakbyś wyrżnął twarzą w glebę to jak w banku miałbyś złamaną żuchwę  i nos! …

Wyglądało to nam na najzwyklejsze w świecie, brutalne pobicie. Facet był z Krakowa. Podejrzewaliśmy więc, że ten Krakus spotkał się z jakimiś warszawiakami i wziął udział w jakiejś gwałtownej dyskusji na temat wyższości, powiedzmy, Legii-Warszawa nad Wisłą-Kraków i ktoś mu pięścią wyłożył swoje racje.  Ale zainteresowany zaprzeczył gorąco, gwałtownie kręcąc obolałą głową.

Gdy jednak przemyliśmy skrzepy wodą utlenioną, wyglądało na to, że nasze spostrzeżenia potwierdziły się. Facet miał wybite dolne i górne siekacze i rozerwaną górną  wargę. Żuchwa i nos były nietknięte. Zapytaliśmy jego towarzyszy co się stało?
Sądziliśmy, że obawiają się powiedzieć prawdę, żebyśmy nie wezwali policji, bo na początku robili głupie miny, ale w końcu „puścili farbę”…

Otóż poszkodowany wspinał się z tzw. „dolną asekuracją”  trudną, eksponowaną drogą wspinaczkową prowadzącą lekko przewieszoną ścianą skalną.  W tej sytuacji co jakiś czas musiał sięgać w dół po linę, której odcinek  trzeba było podnieść nad głowę i wpiąć w zamocowane wyżej punkty asekuracyjne. Partner stojący na dole miał za zadanie jedynie „czujne” wypuszczanie luzu na linie i w razie odpadnięcia kolegi jej elastyczne zablokowanie.

W pewnej chwili wspinacz, aby sobie ułatwić trudne zadanie, chwycił  linę w zęby co znacznie  ułatwiło mu jej wysokie trzymanie, przed wpięciem liny w wyżej położone przeloty..

Niestety gdy w jakimś momencie nie utrzymał się na chwytach i wylatując ze stopni odpadł od skały,  podświadomie w emocjach zacisnął mocno zęby na trzymanej w ustach linie. Jego Partner widząc to odpadnięcie zablokował tę linę na przyrządzie asekuracyjnym. Chwilę później  zadziałała prawidłowo asekuracja i lina naprężając się szarpnęła dynamicznie w górę z siłą, proporcjonalną do wagi spadającego.

Chrupnęły zęby, trysnęła krew…

To potężne szarpnięcie o sile kilkudziesięciu kilo – w ułamku sekund wyrwało spadającemu  ze szczęk, zatopione w linie górne i dolne siekacze, kalecząc wargi i uszkadzając ścięgna żuchwy. Oszołomiony i pokaleczony wspinacz zawisł na linie asekuracyjnej.
Jego partner nie miał wyjścia: opuścił na linie rannego kolegę do podstawy skały, a sam, cóż mógł zrobić?… pobiegł do GOPRu po pomoc...

*****

Tak więc początkowe podejrzenia ratowników nie sprawdziły się. Zęby nie zostały wybite, a wyrwane ze szczęk! Ot co!

Opatrując twarz poszkodowanego, patrzyliśmy nań ze współczuciem… Facet miał po prostu pecha…

To wszystko przez ten cholerny upał, który nie pozwala logicznie myśleć…

Piotr van der Coghen
28 czerwca 2012 r
Warszawa 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga