pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ICH TROJE

Aśka z Maćkiem byli sąsiadami i znali się od podstawówki, ale jak to bywa, dopiero w liceum zaczęli ze sobą "chodzić". Stali się wówczas znaną przez wszystkich, nierozłączną parą zakochanych w sobie do szaleństwa nastolatków. 
Potem przyszły studia, życie akademickie i krąg nowych przyjaciół. Poznali wśród nich kapitalnego faceta: Stefana, pasjonata wspinaczki skałkowej. 


Dziś Aśka marzy, żeby można było cofnąć ten czas…

Stefan był barwną postacią. Wychował się w ponurym Domu Dziecka, ale miał w sobie energii, afirmacji świata i kreatywności za trzech. W życiu i w nauce starał się pokonywać wszystkie bariery i to często w zupełnie nowatorski, niestandardowy sposób. Podobnie też się wspinał. Na pionowych skalnych ścianach, które inni uznawali za nie do przejścia, znajdował intuicyjnie sposób aby je pokonać. Swoich nowych przyjaciół wciągnął do klubu wysokogórskiego, gdzie pokazał im pasję swojego życia – alpinizm.

W klubie spotkali osoby wybitne. Starzy himalaiści roztoczyli przed Aśką i Maćkiem  obraz  tatrzańskich zerw, andyjskich penitentów, uroków himalajskich karawan. Oczarowało ich to. Zapragnęli dalekich, wysokogórskich wypraw gdzie w egzotycznym otoczeniu człowiek rzuca na szalę swoją sprawność i wytrzymałość przeciw nieprzewidywalnym siłom natury.

Na początek jednak zapisali się kurs wspinaczkowy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.  Tam przyszło nowe odkrycie… skałki!
Białe, wapienne baszty wieńczące dumnie jurajskie wzgórza. Prowokujące śmiałków gładkością swych ścian.

Dodatkowo wciągał klimat jurajskiej wspinaczki, jak np. zwyczaj nadawania nazw poszczególnym skałom przez taterników, wedle własnej inwencji twórczej:
„Dziewice” – bo najdłużej opierały się próbującym zdobyć je  wspinaczom, „Wielbłąd”, bo ma dwa garby, „Wiedźma” – bo skała do złudzenia przypomina starą babę w czepcu na głowie, „Dupa biskupa” – bo przypomina otyłego człowieka w długiej szacie, „Jastrzębnik” – bo mieszkały tam kiedyś jastrzębie, itd., itd…   

To na tych wapiennych ścianach mogli zmierzyć swoją gibkość, siłę i odwagę.

Jurajskie skałki są co prawda niewielkie, kilkunasto- kilkudziesięciometrowe, ale za to można je odwiedzać często i to za, w sumie… niewielkie pieniądze, których brak w ich studenckim życiu odgrywał niebagatelną rolę. Koszt tanich biletów PKP do Zawiercia połączony z gratisowym noclegiem pod namiotem rozbitym na ugorze był niczym, wobec kosztów wyjazdu i pobytu choćby w wymarzonych  Tatrach ( o Alpach czy Himalajach nie wspominając).
Zakup pewnego minimum sprzętowego, koniecznego w skałkach, też nie był rujnujący. Można się było w kilku złożyć na zakup jednej liny, kilku taśm, dwóch regulowanych uprzęży wspinaczkowych oraz kilku karabinków i praktycznie każda droga wspinaczkowa na Jurze stała przed nimi otworem.
A same osiągnięcia sportowe? Te już zależały wyłącznie od ich sprawności…

Jura rzuca czar na większość ludzi, którzy do niej zawitają. Jura to białe wapienne skały, wzgórza pokryte soczystą zielenią i żółte rozgrzane słońcem piaszczyste wydmy. Jura to zadumane stawy z wieczornym rechotem żab, a także ciemne jary i wąwozy, które na każdym robią wrażenie. Tajemniczości dodają owiane legendami liczne ruiny kruchych, średniowiecznych zamków obronnych i resztki bunkrów i okopów pamiętających minione bitwy i wojny światowe…

W takim miejscu wszystko jest inne niż normalnie. Na zmysły działa zapach rozgrzanych pół pokrytych zbieranym w kopce sianem, dźwięk wiatru szumiącego w szczelinach skalnych i ciepły blask wieczornego ogniska…
Czar tego miejsca spowodował, że Aśce zaczęły się coraz bardziej podobać niebieskie oczy Stefana, iskrzące się w jego zawsze opalonej twarzy…  Oczarował ją jego entuzjazm, z którym przystępował do każdego celu jaki sobie w życiu wyznaczył, a także jego opanowanie i spokój w chwilach trudnych.
Młodszy znacznie Maciek o sarnich, wilgotnych oczach, był mniej zorganizowany, bardziej roztrzepany, mniej wierzył w siebie…
Stefan dużo więcej wiedział o życiu, o dalekich krajach, o Alpach i Andach. Jego opowiadań słuchali na biwakach często długo w noc…
Takie biwaki odurzającą zapachem dymu z żywicznych, sosnowych gałązek i odległymi dźwiękami gitary…

W końcu stało się! Aśka wybrała Stefana. Wszystko to stało się jakoś płynnie. Naturalnym środkiem znieczulającym zmianę uczuć była ich wspólna pasja do wspinaczki, którą traktowali jak religię.  Może dlatego mimo wszystko Aśka i Maciek pozostali przyjaciółmi i dalej, w trójkę ze Stefanem wyjeżdżali na wspinaczkę na Jurę, planując drobiazgowo każdy nowy szturm… A może Maciek uważał zadurzenie Aśki  za chwilowy kaprys?

Jednak oczarowanie Aśki Stefanem nie mijało. Był ciepły i mądry. Czuła się przy nim bezpiecznie. W końcu to uczucie zaowocowało tym, że powstało pod jej sercem nowe, maleńkie życie…    Wówczas postanowili, że się pobiorą. Załatwili pomału wszystkie formalności. Pomimo małych środków jakimi dysponowali wyznaczyli datę ślubu.
Tylko, mimo wszystko  jakoś trudno było im o tym powiedzieć Maćkowi…

Postanowili, że zrobią to na ostatnim wyjeździe w skałki. Na dwa tygodnie przed ślubem. Przy buzującym wesoło wśród skał ognisku i czerwonym winie podgrzewanym w menażce.  Uznali, że będzie tak łatwiej.

Na Jurę dojechali wieczorem pożyczonym przez Stefana autem. Rozbili namiot i zgromadzili zapas suchych gałęzi na długie ognisko. Jego złote płomienie trzaskały wesoło wzniecane wiatrem, ostro odcinając się na tle szumiącego tajemniczo, ciemnego lasu. Szafirowe niebo dopełniało piękna otaczającej ich scenerii.

Po kolacji, przy grzańcu powiedzieli Maćkowi nowinę. Słuchał jak skamieniały. Być może dopiero teraz dotarło do jego świadomości, że dzieje się coś nieodwracalnego, że traci na zawsze tę, którą kochał od lat. Że to nie dziewczęcy kaprys, czy chwilowy zawrót głowy, ale ostateczna decyzja, która wywraca mu całe życie do góry nogami. Bezpowrotnie. Na zawsze…

Wstał od ogniska i odszedł w mrok. Aśka nie była pewna, ale wśród szumu drzew poruszanych wiatrem wydawało się jej, że słyszy jego głuchy szloch…

*****

Następny dzień wstał pogodny. Pełen słońca i wiatru. Znów, jak co weekend byli na Jurze we troje… Nie wracali do tematu poruszanego przy ognisku. Teraz był bowiem święty czas wspinaczki. Postanowili na rozgrzewkę zrobić „na wędkę” popularny wśród wspinaczy potężny filar, a później, już „na pierwszego” niezwykle trudną, ale piękną drogę wspinaczkową idącą jego lewą krawędzią.  

Maciek działał jak w transie. Wszedł łatwą ścieżką „zejściową” na szczyt filara i założył tam stanowisko asekuracyjne. Następnie krzyknął: „- Uwaga! Lina!”  i rzucił jej oba końce ze szczytu na ziemię leżącą 30 metrów niżej. Jednakże tym razem nie zjechał na założonej linie do podstawy skały, co jest często praktykowanym zwyczajem wśród wspinaczy.  Po prostu po założeniu stanowiska i rzuceniu liny zbiegł na dół ścieżką…

Tak, jak się umówili  wspinać zaczął się Stefan. Był tego dnia podekscytowany perspektywą pięknej wspinaczki i myślą o zbliżającym się ślubie, a do tego oszałamiającym wiatrem i słońcem…
Maciek asekurował go wybierając w zadumie luz na linie. Aśka siedząc na kamieniu obserwowała kolegów.

Stefan pokonywał drogę z taką lekkością i precyzją ruchów, że przyszło jej na myśl, że dobrze by było nakręcić to na kamerę i puścić na You Toube… W ciągu kilku minut pokonał filar jak pająk, niknąc im z oczu. W końcu na wybieranej linie  przestał powstawać luz...
Jego głośny okrzyk „Na górze!” potwierdził zakończenie wspinaczki.

Po chwili zawołał partnera o mały luz na linie asekuracyjnej. Trwało to chwilę gdy usłyszeli z góry:
- Wybierz luz!
- Daj blok!
- Jadę!!!

I wtem!  Wysoko w górze rozległ się jakiś szugrot i krzyk, a po chwili ciało Stefana z głuchym dźwiękiem worka kartofli, całym ciężarem grzmotnęło w ziemię u podstawy ściany, prosto pod nogi Maćka…

Aśka siedziała jak sparaliżowana nie mogąc się ruszyć z miejsca. Patrzyła na Maćka, który oszołomiony, bezradnie trzymał przyrząd asekuracyjny wpięty do liny bezużytecznie leżącej teraz w całości na ziemi wraz z ciałem nieprzytomnego partnera, którego przed momentem asekurował…

Po chwili Aśka zaczęła krzyczeć. Strasznie, przeraźliwie, do zachrypnięcia… Zbiegli się ludzie wspinający się na pobliskich skałach.  Ktoś próbował podnieść Stefanowi zakrwawioną głowę, ktoś sprawdzał puls na wyłamanej ręce.  Ktoś z komórki zadzwonił po GOPR…

Aśka nie mogąc już krzyczeć patrzyła otępiała jak po kilku minutach nadjeżdżają z wyciem syren na quadach jurajscy GOPRowcy z niedalekich Podlesic. Jak intensywnie wykonują Stefanowi masaż serca i sztuczne oddychanie, podając maską tlen z butli… Widzi zdyszany, nadbiegający zespół medyczny z „R-ki”. Widzi rozpaczliwe próby ratowania Stefana i po długim czasie… gest lekarza, który  bezradnie rozkłada ręce…

Potem Aśka czuje, że ktoś robi jej zastrzyk. Słyszy jak obcy ludzie dyskutują o tym czy ma kto ją odwieźć do domu.
Jak przez mgłę przesuwają się jej przed oczami sylwetki policjantów rozpytujących wspinaczy o zdarzenie… 
Słyszy pytania: „Kto zakładał stanowisko? Kto asekurował ofiarę wypadku?” Słyszy jak ktoś opowiada o tym, że kiedyś ona z Maćkiem byli parą, ale że to się diametralnie zmieniło… Potem widzi jak policjanci prowadzą pod ramię Maćka w dół do radiowozu. Nic nie rozumie, ale słyszy jak mówią między sobą, że miał motyw żeby Stefan zginął…

*****

Z zebranych zeznań świadków wypadku powstawały poważne rozbieżności. Zatrzymany do dyspozycji prokuratora Maciek zeznał policjantom,  że założył stanowisko z dwóch zwykłych przeciwstawnie wpiętych karabinków.
Natomiast fakt był taki, że na linie asekuracyjnej, która spadła wraz z wspinaczem pod skałę, wpięty był pojedyńczy… zakręcony karabinek z prawidłowo zawiązaną taśmą.

Zamyślony wyszedłem na szczyt skały. Nieco poniżej jej wierzchołka odnalazłem pęk taśm przełożonych przez ucha skalne, ale zbyt krótkich, aby wpięta w nie lina mogła bez tarcia o skałę być użyta do asekuracji.  Wszystko stało się jasne. Brakująca taśma z karabinkiem leżała teraz na dole, pod skałą. Widocznie bardziej doświadczony Stefan, po osiągnięciu szczytu uznał, że zakręcony karabinek jest bardziej stosowny w tym miejscu niż dwa zwykłe, a może potrzebował tych zwykłych karabinków  by ich użyć na następnej drodze, którą planowali pokonać „na pierwszego”? Nie wiadomo. Nie mniej, postanowił skorygować stanowisko.
W tej sytuacji najpierw wpiął zakręcany karabinek w linę i pęk złożonych kilkakrotnie taśm, a następnie wypiął z nich likwidowane dwa zwykłe karabinki. Pech polegał na tym, że popełnił błąd i w plątaninie taśm, przepiął karabinek nie przez środek, a wokół niektórych pętli.

Gdy krzyknął partnerowi: „Jadę!” i obciązył linę, pęki taśm siłą tarcia utrzymały go przez chwilę, ale następnie… rozjechały się, rozpinając całe stanowisko asekuracyjne…

Spadając ze skały z rosnącą szybkością plecami  i głową w dół, w ostatnich  sekundach  swego życia widział na błękitnym niebie śnieżnobiałe obłoki.  
Śnieżnobiałe, jak czekająca na ślub suknia ukochanej dziewczyny, przyszłej matki ich poczętego dziecka…

Piotr van der Coghen
Gdynia, 3 czerwca 2012 r
 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga