pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ODNALEZIENIE CELNIKA

Późno już było gdy potwornie zmęczony poszukiwaniami zaginionego kładłem się z ulgą do snu, gdy odezwała się moja służbowa komórka Naczelnika Pogotowia Górskiego.  Dzwoniła kobieta, która twierdziła, że miała wizję i wie na pewno, że celnik nie opuścił Jury.  
- Idźcie za zgubionym chodakiem. Ten człowiek tam jest. On na was czeka – powiedziała. 

Zwykle odnoszę się nieco sceptycznie do rewelacji różnych jasnowidzów, ale dzwoniąca była jak zdeterminowana i przekonująca, że postanowiłem wrócić z ratownikami, jeszcze raz na przeszukanie wielokrotnie już sprawdzanego miejsca zaginięcia.
Następnego dnia umówiliśmy się z policją i o świcie wraz z dwoma przewodnikami psów ratowniczych GOPR: Gosią Bendkowską prowadzącą „Vantosa” i Adlerem prowadzącym „Hugara” wyruszyliśmy do miejsca gdzie znaleziono chodak poszukiwanego. Psy mniej już pewnie niż za pierwszym razem, ale jednak podjęły zatarty już ślad i zaprowadziły nas znów nad północną krawędź skalną…
I znów przeszukaliśmy las nad urwiskiem a potem pod skałami. Jak poprzednio bez rezultatu…

Na to nadjechał spóźniony policjant z suką szkoloną „na zwłoki”, czyli policyjnym psem układanym do poszukiwań rozkładających się ludzkich ciał… Suczka – owczarek niemiecki była, jak się mówi w poznańskiem: „za niczem”. Była mała, chuda i nierasowa. Swym, wyglądem bynajmniej nie wzbudzała zaufania. Wyglądała trochę jak zabiedzony pies wydobyty ze schroniska dla bezdomnych zwierząt. Nie mniej ratownicy po przywitaniu ustąpili koledze miejsca wiążąc własne, piękne psy.

Policyjny pies puszczony do akcji, myszkując intensywnie nad urwiskiem, a potem pod skałami, nagle zaczął gwałtownie szczekać próbując wedrzeć się na skały. Zaintrygowało nas to. Lustracja wzrokowa skał prowadzona z dołu i z góry nie przyniosła żadnych efektów. W tej sytuacji założyliśmy liny alpinistyczne i zjechaliśmy po nich, penetrując drobiazgowo szczeliny skalne.

Wtem! Jest! Dostrzegliśmy ciało celnika, chłopa wielkiego na prawie 2 m, wbite i zaklinowane między skałę a pień pokręconego drzewa wyrastającego ze szczeliny. Już nie żył. 

Poszukiwany był ubrany w czarne spodnie i flanelową, brązową koszulę w czarną kratę. Pokrywała go gruba warstwa zeschniętych, brązowo-czarnych liści, jakich mnóstwo leżało pod drzewami. Był tak idealnie zamaskowany, że nawet z odległości 2 metrów jego ciało było nie do rozpoznania…

Jako się rzekło był martwy, więc nie zdziwiło nas, że ratownicze psy GOPR, szkolone do poszukiwań osób żywych i uczone by nie reagować w lesie na zdarzającą się często padlinę, nie zainteresowały się jego zapachem… Nie mniej szybkość z jaką policyjny pies zlokalizował położenie zwłok była imponująca.

Miejsce w którym znaleziono zmarłego było niedostępne. W tej sytuacji do ściągnięcia ciała ze skał trzeba było użyć technik ścianowych ratownictwa górskiego. Na miejsce wezwano zespół ratunkowy z Centrali Grupy Jurajskiej GOPR z Podlesic. Ratownicy szybko przybyli na quadach z przyczepkami i po dotarciu na krawędź urwiska opuścili na linach nosze wysokościowe zjeżdżając wraz z nimi do miejsca tragedii. Bezwładne ciało tego wielkiego mężczyzny było strasznie trudne do wyrwania ze szczeliny oraz  do włożenia do tych noszy więc  trwało to dłuższą chwilę zanim uporano się z tym zadaniem i zwieziono zmarłego do podstawy ściany. Tam po zamontowaniu noszy na przyczepce ratunkowej quada, przetransportowano celnika na miejsce gdzie oczekiwał go lekarz sądowy.

Gdy obnażono częściowo ciało obecni doznali szoku, gdyż nie posiadało ono plam opadowych, pojawiających się zawsze u zmarłych najpóźniej po kliku godzinach po śmierci… Czyżby znaleziono go zbyt późno? Czyżby zmarł niedawno? Czyżby leżał żywy i konał na tych skałach przez kilka dni, a wszyscy poszukujący go bezradnie krążyli wkoło?  Takiej  sytuacji ratownicy nigdy nie mogliby sobie wybaczyć…

Tymczasem biegły lekarz wziął się do pracy. Skalpelem nadciął udo zmarłego i w utworzony w ten sposób otwór włożył do mięśnia termometr lekarski. Po chwili popatrzył na ratowników spokojnie.
„On nie żyje od kilkudziesięciu godzin. Temperatura ciała jest tożsama z temperaturą otoczenia”- powiedział.
To kamień z serca! Wszyscy poszukujący odetchnęli z ulgą…

Co się jednak stało? Jak nastąpiła śmierć odnalezionego? Dlaczego nie było plam opadowych?
Zagadka stawała się coraz bardziej jasna: celnik spadając z krawędzi, całym swym niemałym ciężarem uderzył w półkę skalną. Impet uderzenia był tak olbrzymi, że nastąpiło urwanie aorty i błyskawiczne wykrwawienie poszkodowanego poprzez intensywny wyrzut krwi do jamy klatki piersiowej przez oderwaną, tę największą z tętnic. Ów wewnętrzny krwotok, spowodował błyskawiczne ściągnięcie całej krwi z obwodu i niemal natychmiastową śmierć i w tej sytuacji nie powstały typowe wybroczyny opadowe…

Najbardziej zastanawiające było jednak to, jak doszło do tego wypadku? Dlaczego poszkodowany znalazł się w tym miejscu, tak daleko od ośrodka, na skałach, w głębi ciemnego lasu. Zwróciliśmy uwagę na fakt, że feralna noc była stosunkowo ciemna, zaś droga do miejsca wypadku prowadziła gęstym, wysokopiennym lasem. Dokładne oględziny miejsca wypadku nie ujawniły jakiejkolwiek latarki ani nawet jej szczątków. Czyżby celnik szedł  przez las w egipskich ciemnościach ku swemu przeznaczeniu? Po co stanął na krawędzi ściany skalnej? Dlaczego skoczył lub spadł?

Na te pytania nikt nie znalazł logicznej odpowiedzi…

*****

Minęło kilka dni, ale zagadka śmierci celnika nie dawała mi spokoju…
Nadszedł kolejny weekend. Poprawiła się też znacznie pogoda. Około północy udałem się na miejsce ówczesnego wypadku. Ośrodek Morsko świecił tysiącem świateł. Znów korzystając z dobrej aury, odbywało się tu trochę imprez. Dookoła tajemniczo szumiał mroczny, gęsty bór. Poszedłem przez las w kierunku skał, dokładnie drogą zmarłego, starając się patrzyć Jego oczami na otaczający, nocny świat…

Przez mroczny wysokopienny las nie docierało do ziemi światło gwiazd ani księżyca, ale przez pewien czas towarzyszyła idącemu poświata i gwar pochodzące od ośrodka. Potem stawało się coraz bardziej cicho i ciemno… ależ nie! Zrozumiałem! Przez pnie drzew prześwietlała z kolei łuna pochodząca z hotelu „Ostaniec” w odległych o 3 km Podlesicach. Mimo odległości dźwięk się niósł świetnie. Narastający głos skocznej muzyki zachęcał do świetnej zabawy… Wydawało się, że impreza odbywa się tuż, tuż. Jeszcze chwila znajdzie się w gwarnym tłumie przyjaznych, wesołych ludzi…
Więc szybciej!

Celnik nie widzi, że teren stopniowo podnosi się, że niepostrzeżenie zyskuje znaczną wysokość. Nie widzi,  że w mroku zbliża się do krawędzi obrywającej się pionowymi zerwami skał. Wypity alkohol szumi w głowie, rozluźnia ruchy i wprawia w stan zupełnej beztroski. Nie dostrzega nawet, że zgubił chodak… Niemal na wyciągnięcie ręki widzi światła i wyraźne dźwięki sąsiedniej wspaniałej imprezy. Dążąc do nich nie dostrzega w ciemności groźnej krawędzi, poniżej której  czai się przepaść. Robi kolejny krok do przodu…
Nagle utrudniające do tej pory marsz, stosy suchych liści uciekają spod stóp. Ziemia zaczyna gwałtownie wirować!  Uh! Uderzenie karku w półkę skalną jest straszne! W ułamku sekundy traci świadomość. Nie czuje już krwotoku wewnętrznego, przez który wraz z gorącą krwią, gwałtownie wycieka z niego życie…
Tym bardziej nie czuje lekkich, zbrązowiałych, suchych liści zsypujących się z krawędzi skał i opadających nań troskliwie, kamuflującą jego ciało ostatnią grubą pierzynką...

*****

Mówi się, że to rzadkość w dzisiejszych czasach, ale w ten sposób wznoszące się nad areną tych wydarzeń średniowieczne ruiny zamku Morsko, zyskały nowego ducha…
Mówi się, że to duch celnika, który błądząc nocami wśród ognisk rozpaczliwie szuka przyjaznych mu ludzi…


Piotr van der Coghen
 Warszawa, 25 maja 2012 r


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga