pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIE CELNIKA

Była to październikowa niedziela. Po długim okresie pięknej pogody, dzień wstawał iście listopadowy, kaprawy, spowity roszącymi mgłami, które spowijały skały, zbocza i lasy, w sposób ogłupiający nawet ludzi dobrze znających teren… W tej sytuacji trochę sennie i bez przekonania przyjęliśmy telefoniczne zgłoszenie z Morska o tym, że uczestnicy wczorajszej balangi, nie mogą się doliczyć jednego z jej biesiadników…

Zgubił się na ognisku? To pewnie się znajdzie w łóżku u jakiejś litościwej damy, jak wielu przed nim i pewnie po nim wielu innych  - przewidywaliśmy leniwie. Nie mniej zgodnie z procedurą, choć bez wiary w rzeczywistą potrzebę interwencji, na miejsce zgłoszenia zaginięcia został natychmiast skierowany ratowniczy patrol GOPR na quadzie.
Ratownicy rozpytując wybranych uczestników wczorajszej imprezy, to jest tych, z którymi pomimo ich „harcerskiego oddechu” można było nawiązać jaki taki logiczny kontakt słowny, próbowali ustalić przypuszczalny przebieg wydarzeń.

Sprawa przedstawiała się mniej więcej tak, że poprzedniego wieczora na ośrodku Morsko odbywało się kilka niezależnych ognisk i grilli. Jednakże łączył je wspólny klimat. Otóż „woda ognista” lała się tam strumieniami, a pod jej wpływem rozwiązywały się języki, wybuchała nieskrępowania wesołość i wzajemna kokieteria, zawiązywały się ogniskowe przyjaźnie, ale i wybuchały czasem konflikty…

Po jednej z takich chwilowych kłótni, jeden z jej uczestników czymś urażony, opuścił swoje dotychczasowe towarzystwo i przeniósł się do innego. Tam ponoć się też z kimś pokłócił czy nawet trochę pobił, ale nie wzbudziło to wówczas u nikogo żadnego niepokoju. Na ośrodku dominował bowiem pogodny nastrój wieczornego festynu i powszechnej zabawy. W gronie dalszych czy bliższych znajomych, w europejskim kraju, na przełomie XX i XXI wieku, cóż się może komu złego przydarzyć?

Tak więc minęła ta gorąca, parna i szalona noc.
O świcie przyszedł niż, ochłodzenie i mżawka... Gęste mgły rozciągnęły się wśród skał i lasów.
Dopiero wówczas, w ten mglisty ranek, 
wyjeżdżający z ośrodka uczestnicy wycieczki, pakując się do autokaru, dostrzegli brak kolegi...

Z początku jeszcze uważano, że odsypia on ciężki wieczór u świeżo zapoznanych, obcych dziewczyn lub ostatecznie odnajdzie się wkrótce śpiący gdzieś w krzakach ośrodka. Niestety nadzieje te zawiodły. Człowiek ten zniknął w niewytłumaczalny sposób.

Gdy pobieżne poszukiwania mężczyzny w najbliższym terenie ośrodka nie przyniosły efektu, jego zagadkowym zaginięciu kirrownictwo ośrodka zawiadomiło Grupę Jurajską GOPR.
Po pewnym czasie wobec niejasnej sytuacji towarzyskiej zaginionego, GOPR powiadomił o zaginięciu policję, a ta również Straż Graniczną, bowiem okazało się, że zaginiony był jej funkcjonariuszem.

Stopniowo, dzięki tym służbom, spływały kolejne informacje, które paradoksalnie nie ułatwiały, a wręcz komplikowały rozwikłanie zagadki tego zaginięcia. Otóż dowiedzieliśmy się, że ów celnik kilka miesięcy wstecz ujawnił przemyt nielegalnego alkoholu o olbrzymiej wartości, za co był przez resort wynoszony pod niebiosa, ale jednocześnie świat przestępczy zaprzysiągł mu zemstę… Dawało to powód do rozpatrywania w kontekście tego zagnięcia, wątku zdecydowanie kryminalnego…

Jak to zwykle bywa z kolei ktoś "dobrze poinformowany" upierał się szeptem, że nakryty przemyt to była jedynie przykrywka zorganizowana tak, dla niepoznaki a poszukiwany teraz celnik wziąwszy tłustą "dolę" od mafii za jakąś zupełnie inną akcję i korzystając z okazji uciekł za granicę... Byli też tacy co podejrzewali go o załamanie nerwowe i samobójstwo w jednej z okolicznych jaskiń i podawali tego "niezbite" motywy...
Domysłom nie było końca...

Tymczasem cały Ośrodek, ruiny zamku i pobliskie skały spowijała wciąż niezwykle gęsta, zimna i wilgotna mgła… a padające z drzew krople, szeleściły tajemniczo w leśnej gęstwinie...

Kolejna informacja mówiła o tym, że zaginiony, bywając pod wpływem alkoholu uwielbiał pływać wskakując do przygodnego zbiornika wodnego bez względu na panującą temperaturę, porę roku i stan pogody.
A ośrodek ten posiadał duży, wybetonowany, odkryty basen, o wodzie zielonej już o tej porze roku i mętnej jak leśna sadzawka…

Sprawa tego zagnięcia zaczynała wyglądać coraz poważniej.  W tej sytuacji na prośbę policji koordynującej poszukiwania,  ściągnęliśmy z Centrali Grupy Jurajskiej GOPR z Podlesic dwa psy ratownicze GOPR wyszkolone do poszukiwań zaginionych. Psy podjęły trop przy wygasłym ognisku, a następnie poprzez inne miejsca biesiad, doprowadziły ratowników GOPR do basenu… tu ślad się urywał. Zachowanie psów wyraźnie na to wskazywało...

Najprościej byłoby spuścić wodę z tego nieszczęsnego zbiornika, ale tu napotkano na zdecydowany i zdumiewający sprzeciw gestora ośrodka, który dość mętnie tłumaczył, że planował użycie tej wody do naśnieżania pobliskiego stoku narciarskiego podczas nadchodzącej zimy i nie bardzo widzi powodu, dla którego ma stracić w głupi sposób kilkaset tysięcy litrów wody, za które zapłacił... Argumenty, że tak zakwitła, gęsta jak żur woda do tego celu już się zdecydowanie nie nadaje, nie przekonały go...

Wobec tego następnego dnia po zakończonych działaniach przewodników psów  ratowniczych, do akcji przystąpili z kolei wezwani przeze mnie płetwonurkowie Grupy Jurajskiej GOPR. Ze względu na to, że jak wspomniałem, woda w basenie przypominała gęsty, zielony żur, poszukiwania podwodne odbywały się praktycznie po omacku. Płetwonurkowie nazywają taką akcję „grą na pianinie”, gdyż przemieszczając się po wyznaczonych sektorach akwenu, nie widząc nic, metr po metrze przeszukują wodę praktycznie jedynie dotykiem rąk…

Wysiłek ich poszedł niestety na marne. Dokładne przeszukanie basenu nie przyniosło bowiem żadnych efektów. Tymczasem zupełnym przypadkiem znaleziono w lesie pod skałami, już poza zadeptanym przez setki ludzi ośrodkiem, zagubiony chodak, który ktoś rozpoznał jako własność zaginionego celnika...

Sprowadziliśmy więc w to miejsce znów psy ratownicze. Połączenie pewnych szczegółów wskazywało na to, że zaginiony faktycznie być może pływał "na bani" w tym nieszczęsnym basenie, ale prawdopodobnie później wyszedł z niego w tym samym miejscu, ubrał się i wrócił do grillujących tą samą drogą, (czyli po własnych śladach), co zmyliło psy tropiące ślad  i ich przewodników dnia poprzedniego.
Zmieniono więc po raz kolejny 
wersję przypuszczalnych wydarzeń i koncepcję akcji... 

Tymczasem cały Ośrodek, ruiny zamku i pobliskie skały spowijała wciąż niezwykle gęsta, zimna i wilgotna mgła… a padające z drzew krople, szeleściły tajemniczo w leśnej gęstwinie...

Wszczęliśmy więc tym razem poszukiwania od miejsca gdzie znaleziono chodak zaginionego. Mimo siąpiącego deszczu trzeba było przedzierać się przez mokre zarośla. Woda chlupała w butach, zimno z przemoczonych, klejących się do ciała skafandrów  nieprzyjemnie chłodziło ciała.
Ratownicy GOPR i policjanci solidarnie podzielili las na sektory, przeszuklując go dokładnie. Tyralierę poprzedzały psy z przewodnikami, które poprowadziły ludzi wznoszącym się stopniowo, gęstym, wysokopiennym lasem na długą urwistą krawędź, zakończoną ścianą skał opadających na północ pionowymi zerwami.  Tu ślad nagle się urywał, jakby poszukiwany spadł albo wzbił się w powietrze… Oczywiście, co zrozumiałe, sprawdziliśmy wielokrotnie, drobiazgowo teren pod śliskimi, ociekającymi wodą skałami, penetrując też pobliską jaskinię, ale niestety bez rezultatu…
Celnik jakby się zapadł pod ziemię... 

Psy przeszukujące mokry las, przekopujące się od kilku godzin przez wielowarstowe pokłady zeschłych liści traciły już swój zwykły zapał i pomału, zmęczone tylko markowały szukanie. Ich praca traciła sens. 

Jedynie pies GOPR „Vantos” młodziutkiej ratowniczki Gosi Bendkowskiej, okazywał duży niepokój… ale składano to na karb obecności innych psów oraz hałasu wywołanego wielką ilością biorących w poszukiwaniach ludzi…

Tymczasem cały Ośrodek, ruiny zamku i pobliskie skały spowijała wciąż niezwykle gęsta, zimna i wilgotna mgła, utrudniająca orientację… a padające z drzew krople, szeleściły tajemniczo w coraz bardziej mokrej, leśnej gęstwinie...

Następnego dnia do akcji włączono kilkudziesięcioosobowy oddział spadochroniarzy z wojskowej Jednostki Specjalnej z Lublińca. Opaleni na brąz chłopcy w czerwonych beretach, raźno wyskoczyli z wielkich ciężarówek dając silne wsparcie dotychczasowej, zmęczonej już ekipie. Ratownicy GOPR na quadach wzięli się za  szybkie przeszukanie odległych duktów leśnych, a żołnierze-komandosi oraz policjanci z Oddziałów Prewencji przeczesali pieszo cały ośrodek Morsko i wiele hektarów lasu wokół. Niestety ciągle bez rezultatu…

Tajemnicze zniknięcie celnika zaczęło niektórym wyglądać na porwanie. Ktoś nawet przysięgał się, że widział na terenie obiektu w środku nocy tajemniczy, czarny samochód terenowy o zaciemnionych szybach, który po jakimś czasie szybko oddalił się w nieznanym kierunku…

Jednak niezależnie od prowadzonych intensywnych poszukiwań oraz przeróżnych, czasem wręcz nieprawdopodobnych przypuszczeń, pomimo rozpaczliwych monitów rodziny wzywającej do wielokrotnego przeczesywania leśnych kompleksów podziurawionych jaskiniami i najeżonych setkami skał - wszelki ślad po poszukiwanym zaginął….

Po czterech dniach bezowocnych poszukiwań, akcję poszukiwawczą prowadzoną w terenie odwołano, uznając ją za beznadziejną.

Dalsze poszukiwania miała już tylko kontunuować sekcja kryminalna policji, sprawdzając swymi operacyjnymi kanałami prawdziwość  zebranych pogłosek o przypuszczalnym losie zaginionego...

****

Zainteresowanych wyjaśnieniem losów poszukiwanego mężczyzny zapraszam za tydzień na kolejną Gawędę Starego Ratownika: ODNALEZIENIE CELNIKA...


Piotr van der Coghen
 Podlesice , 18 maja 2012 r

 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga