pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

KLĄTWA CZARNEJ KSIĘŻNICZKI…

Był piękny, słoneczny dzień. Dzień, w którym serce każdego wspinacza aż rwie się do białych, ciepłych skał. Taka pogoda stanowi jednocześnie powód do ostrego pogotowia w Centrali Grupy Jurajskiej GOPR, bowiem zrozumiałe, że w taki dzień miłośnicy wspinaczki wylegają na skały tysiącami, a niektórzy z nich robią sobie krzywdę… 


Niestety również średniowieczne, tajemnicze ruiny jurajskich zamków obronnych, kuszą niefrasobliwych turystów…

Telefon alarmowy w Centrali GOPR w Podlesicach zadzwonił gdzieś koło południa. Jakaś kobieta łamiącym się głosem wołała, że jej koleżanka nie żyje, a kolega jeszcze oddycha. Dyspozytor GOPR przyjmujący zgłoszenie szybko zorientował się, że do wypadku doszło na ruinach zamku w Mirowie.

To jakiś pechowy zamek. Wciąż dochodzi na nim do jakichś poważnych wypadków, spowodowanych niefrasobliwościa zwiedzających go turystów albo wręcz ich skrajnym brakiem wyobraźni. Turyści jednak wolą tezę, że dotknęła ich klątwa legendarnej, Czarnej Księżniczki...

Ratownicy zaalarmowani komunikatem nadanym przez głośniki na Centrali, zbiegli się natychmiast z całego budynku i wskoczyli do wypadkowych Land Roverów, wyposażonych non stop w sprzęt medyczny, ortopedyczny i reanimacyjny oraz wysokościowy. Szlaban w bramie uniósł się, a nad wsią Podlesice rozległo się przeraźliwe wycie syren.
Sygnały świetlne i dźwiękowe włącza się jeszcze na placu manewrowym, gdyż wyjeżdżający z Centrali w Podlesicach kierowcy muszą zawsze pokonać dwa skrzyżowania z pozycji podporządkowanej i w chwili wyjazdu do wypadku sygnalizowanie uprawnień karetek jest wręcz konieczne...

Potem jazda pełnym gazem w kierunku na Żarki. Wyprzedzane i wymijane samochody zjeżdżają na szczęście na boki, co daje możliwość dość szybkiej jazdy… Skrzyżowanie w Kotowicach! Ostre hamowanie i skręt na Niegową. W oddali widać już wieże ruin zamku w Mirowie. Myśli się kłębią: czy poszkodowani żyją czy nie? Skąd spadli? Dlaczego? Co się stało? A może ktoś zrzucił na ich głowy z murów kamienie, jak to się już zdarzało?

Mijamy wioskę pełną kolorowych, roześmianych, nieświadomych niczego  turystów... Z pobliskiej lodziarni płyną ostre, rytmiczne dźwięki disco-polo. Tu tylko sygnały ostrzegawcze karetki, są w stanie utorować nam drogę w tłumie. Teraz dzięki terenowym oponom i napędom 4x4 podjeżdżamy po śliskiej i jeszcze wilgotnej trawie na zamkowe wzgórze.

Wieje wiatr. Bieły zamek wznosi się dumnie  odcinając się swą bielą od intensywnego błękitu nieba. Pod murami widzimy pokaźną grupę ludzi. Stoją nad leżącymi u podnóża zamku ciałami. Jeden z poszkodowanych, potężnie zbudowany mężczyzna porusza kończynami w sposób nieskoordynowany. Próbuje mówić i wstać. Jest trochę splątany, ale prócz tego stanu i rozbitej głowy  w pobieżnej ocenie nie widać u niego wiekszych obrażeń.

Gorzej przedstawia się sprawa leżącej obok, na kamieniach, drobnej dziewczyny. Jest nieprzytomna. Ma uszkodzoną czaszkę i prawdopodobnie złamany kręgosłup i miednicę. Wstępne oględziny nie wykluczają poważnego urazu narządów wewnętrznych. Konieczny jest natychmiastowy śmigłowiec! Ratownicy unieruchamiają poszkodowaną, podają tlen, zabezpieczają też półprzytomnego mężczyznę.  Łączą się z lotniskiem LPR w Katowicach.  Niestety śmigłowiec jest gdzieś daleko w innej akcji więc nie można na niego liczyć.
Na szczęście przyjeżdża Karetka „R” pogotowia ratunkowego z Myszkowa. Stan kobiety jest bardzo ciężki. Natomiast w ocenie lekarza, mężczyzna doznał na szczęście jedynie wstrząsu mózgu i powierzchownych zranień. Nie mniej i on jedzie do szpitala.

Cóż się jednak stało? Jak doszło do tego wypadku?
Rozpytujemy świadków. Z ich relacji wyłania się tragiczny bezsens fatalnego zdarzenia... 

Otóż owa para, której wiek w slangu miejscowych chłopaków określany był w przypadku dziewczyny jako „rębny” (miała 18 lat) oraz „chrystusowy” w przypadku mężczyzny (który miał 33 lata), przyjechała na wycieczkę do Mirowa, gdzieś z centrum Polski.  Widząc rycerski zamek na skale, dumnie górujący nad okolicą, dziewczyna uparła się aby go zwiedzić. Problem jednak w tym, że jakkolwiek dolne partie zamku były ogólnodostępne, to już aby dostać się na górne piętra trzeba było wspiąć się po wapiennej skale, potem po zewnętrznym murze i na koniec wejść przez wielki otwór okienny. Dopiero wówczas można było rozkoszować się zaiste wspaniałym widokiem.

Niestety stara zasada mówi: zawsze łatwiej jest wejść jak zejść. Gdy więc panienka po zwiedzeniu tej rycerskiej strażnicy stanęła w oknie aby zejść, zorientowała się, że ma pod stopami przestrzeń wysoką do podnóża zamku na minimum trzy piętra. Okrutna panika chwyciła ją za gardło. Zesztywniała ze strachu, chwyciła się zamkowego muru z taką siłą jakby nigdy nie mała go puścić.
Żadne argumenty i perswazje partnera do niej nie trafiały.  Z obłędnym przerażeniem, nieprzytomnie powtarzała, "żeby się bujał” ale ona „nigdy stąd nie zejdzie”.  
W końcu zdeterminowany mężczyzna przypomniał sobie jak w młodych latach służył w wojskach powietrzno-desantowych”, gdzie nauczyli go podstawowych zasad alpinistycznych. Zszedł więc na dół, od jakichś wspinaczy wynegocjował linę, z którą wrócił na zamek. Tam przymocował tę linę do starego pnia ściętego kiedyś drzewa.

Następnie przekonał dziewczynę żeby mu weszła na plecy „na barana” i chwyciła się mocno za szyję, a potem zaczął szybko zjeżdżać po linie w dół…

Niestety… Zjeżdżając, wykonywał starym stylem komandoskim dynamiczne skoki, odbijając się stopami od skały… I nagle!
Zbutwiały pień, o który wysoko na szczycie murów zaczepiona była lina, a tak brutalnie obciążany podwójnym ciężarem … rozleciał się!

Tym samym dzielna para  domorosłych „alpinistów” zmieniła się w „szybką dwójkę bez sternika”… i runęła w dół.

Kto spadł pierwszy?
Rzecz jasna zjeżdżając na linie, po zerwaniu się stanowiska  „polecieli” oboje do tyłu więc to dziewczyna siedząca na plecach zjeżdżającego mężczyzny spadła pierwsza. Spadając z wysokości minimum pierwszego piętra, plecami na kamienie złamała kręgosłup, miednicę i doznała ran głowy.
Niestety, wielki i potężnie zbudowany, dźwigający ją do tej pory mężczyzna spadł dynamicznie na nią, a właściwie próbując ratować się przed upadkiem – całym ciężarem usiadł na jej brzuchu, dokonując straszliwego spustoszenia w narządach wewnętrznych tej,
którą chciał uratować…

Jemu samemu właściwie nic się nie stało…

****

Niektórzy mówią, że dosięgła ich klątwa Czarnej Księżniczki, oburzonej zakłóceniem spokoju jej zamczyska… ale kto by tam chciał w bajki wierzyć?


Piotr van der Coghen
Warszawa,  11 maja 2012 r 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga