pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ZAWALISKO

Mówi się czasem przekornie, że ratownicy są bliżej Pana Boga niż inni ludzie, albowiem swoim postępowaniem ośmielają się sprzeciwiać jego wyrokom… odwracając śmierć od tych, którzy z woli Najwyższego … mieli zginąć.
Jeśli więc Bóg nie karze ich surowo za to zuchwalstwo – to chyba znaczy, że ich jakoś szczególnie kocha…

Pamiętam taką akcję, do której zostaliśmy wezwani przez Straż Pożarną do zawaliska.  Wezwanie było tak jakoś w środku nocy.  W Zabrzu zawaliła się stara kamienica. Proszono nas o wsparcie przez udział przewodnika z psem ratowniczym w przeszukiwaniu gruzowiska.  Pełniłem wówczas dyżur na  Centrali Grupy Jurajskiej GOPR w Podlesicach. Zerwaliśmy się razem z moim najmłodszym synem zwanym przez przyjaciół „Adlerem”, będącym dyżurnym przewodnikiem psa ratowniczego GOPR "Hugara"...  

Był środek tygodnia. Siłą rzeczy na służbie było tej nocy tylko kilku ratowników-ochotników. Nie chcąc radykalnie zmniejszać zespołu wypadkowego mogącego w każdej chwili być potrzebnego do innego zdarzenia w skałach czy jaskiniach na Jurze, zdecydowałem, że pojedziemy tam w małym składzie. Zapakowaliśmy się więc w trójkę do ratowniczego Land Rovera i zostawiając resztę ratowników na centrali i ruszyliśmy na sygnałach na miejsce akcji.  Ja, pełniłem tym razem funkcję kierowcy samochodu ratunkowego, a zarazem drugiego ratownika stanowiącego zabezpieczenie zespołu poszukiwawczego, natomiast Adler jechał  jako przewodnik psa  ratowniczego „Hugara”, owczarka niemieckiego (tego psa, którego ktoś nienawistny otruł mu kilka miesięcy później, ale to zupełnie inna historia.)

Jako się rzekło był środek nocy, więc ulice miast wiały pustką. W tej sytuacji przelatujemy zatłoczony zwykle Śląsk, płynnie i bez problemu. Migocząc sygnałami i wyjąc syreną wjeżdżamy na skrzyżowanie w Chorzowie, kilkaset metrów przed Wesołym Miasteczkiem. Hamuję, sygnalizując skręt w lewo. Nieliczne samochody z czterech stron skrzyżowania zatrzymują się honorując uprzywilejowanie naszego wozu. Skręcam więc spokojnie i nagle… rozlega się przeraźliwe wycie blokowanych opon i …na skrzyżowanie wyskakuje dziko hamując rozpędzony samochód, który … nadjeżdżając z naprzeciwka na pasie przeznaczonym do skrętu w lewo, postanowił wykorzystać ten wolny pas i pojechał nim prosto przez skrzyżowanie… idealnie na kursie kolizyjnym z nami. Zrobiło mi się gorąco. Minęliśmy się z tym kierowcą-Kamikadze „na lakier”, jak jednak widać jeszcze nie było nam dane udać się do „Abrahama na piwo”…  z powodu krańcowego braku czyjeś wyobraźni.
Ale ratownicy śpieszący się do akcji nie mają nadmiaru czasu na dyskusje z nieobliczalnymi uczestnikami ruchu... 

Więc, czort z nim!  Jedziemy dalej!

Dojeżdżamy do Zabrza. Po jednej stronie ulicy stoi wśród zieleni nowoczesne osiedle, a po drugiej ciągną się tory tramwajowe i  rząd śląskich „familoków”. Dość wąska w tym miejscu ulica wzdłuż torów zamknięta przez policję w obu kierunkach. Mijamy blokujące ją radiowozy i dopiero dojeżdżając pojmujemy skąd ta blokada. Otóż stojąca przy torach tramwajowych stara kamienica rozpadła się rozsypując na tory i jezdnię… a właściwie zawaliła się jej połowa, bo druga część razem z środkową klatką schodową jeszcze stała. Szczególnie groźnie wyglądał betonowy wieniec zawalonej części, który z przywartymi doń dziesiątkami cegieł wisiał złowieszczo nad zawaliskiem na wysokości drugiego piętra. Nie mniej te ocalałe elementy budynku wyglądały dość stabilnie.

Podeszłem do dowodzącego akcją oficera Straży Pożarnej i zgłosiłem gotowość naszego zespołu do podjęcia działań. Wskazał nam zawalisko do przeszukania dodając, że dom był co prawda pustostanem, ale ostatnio pomieszkiwali tu dzicy lokatorzy i nie ma pewności czy pod gruzami nie ma przysypanych ludzi…

Więc trzeba działać szybko! Kaski, latarki, kombinezony. Strażacy już odpalili  „najaśnice” i w mroku nocy na miejscu katastrofy zrobiło się względnie widno.

Adler wyprowadził z samochodu psa i dał mu chwilę, aby się przebiegł przed pracą, ale o dziwo! Ten pogodny i zawsze chętny do pracy poszukiwawczej pies, tym razem podkulił ogon i skomląc przytulał się do kolan przewodnika. Nie przejmowaliśmy się wówczas zbytnio takim zachowaniem „Hugara” ponieważ byliśmy przekonani, że to dość długa jazda na głośnych sygnałach tak go oszołomiła. Wszak psy mają wielokrotnie lepszy słuch niż człowiek i słysząc tak silny, wibrujący  hałas – cierpią a później trudno się dziwić, że są trochę zdezorientowane.

Ale nie było już czasu. Wszak pod gruzami mogli być żywi ludzie. Odpięliśmy psu szorki i przewodnik wszedł na gruzy a pies za nim.
Ja, obserwując ich z dystansu stanąłem na krawędzi zawaliska świecąc punktowo silnym, ręcznym halogenem, byłem gotów w każdej chwili do natychmiastowego włączenia się do akcji na wezwanie przewodnika.  Rozpoczęła się żmudna praca poszukiwawcza. Metr po metrze. Między stosami potrzaskanych cegieł, połamanych mebli, futryn, szkła… Pies szukał, ale bez zwykłego dla niego entuzjazmu, popiskując żałośnie co chwilę…

Zawaliska budowlane mają to do siebie, że wszystko pokrywa gruba warstwa tynku, rozkruszonego na wszechobecny pył. To właśnie ten wszechobecny proszek wapienny powoduje szybkie zatykanie się nozdrzy węszących intensywnie psów ratowniczych. W tej sytuacji przewodnicy muszą decydować się na znacznie częstsze przerwy w pracy swych partnerów, niż np. podczas poszukiwań np. w terenie leśnym.

Tak było i tym razem. Adler widząc zatkany białym pyłem nos psa i obserwując jego potęgujące się markowanie pracy, odwołał „Hugara”. Pies radośnie zbiegł z gruzów i z zapałem począł chłeptać wodę nalaną mu z butelki do używanej na akcjach miękkiej miski z nieprzemakalnej tkaniny.

I właśnie wtedy - stało się! Za naszymi plecami coś stęknęło głucho  i rozległ się grzmot!... To z potwornym hukiem runął na poprzednie gruzowisko wiszący nad nim dotychczas betonowy wieniec ze ścianą i resztą klatki schodowej… Łoskot był tak olbrzymi, że ziemia zadrżała i włączyły się alarmy chyba we wszystkich samochodach na pobliskim osiedlu.  Patrzyłem jak urzeczony oczom nie wierząc. W miejsce gdzie jeszcze przed chwilą pracował ze swym psem ratowniczym mój młodszy syn, a ja stałem na asekuracji – teraz wznosił się gęsty tuman kurzu jak po eksplozji bomby,  gdyż spadło tam z łoskotem kilkadziesiąt ton betonu, cegieł i kamieni, rozpryskując się szeroko …

Oniemiali z wrażenia i biali od pyłu i próbowaliśmy wzrokiem dotrzeć do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą stała pokaźna kamienica…
Ale jej już nie było…
Gdyby Adler z „Hugarem” postanowił zejść na swą przerwę z gruzowiska dwie minuty później – byłaby z nich miazga!     

*****

Górale mawiają:
„Cłek zyje tak długo az Pon Bócek wychyli się zza chmurki i spyto:
- Ile ty mas lat chłopcyku?
- Dwaścia – odpowiesz
- I już wystarcy, synek! Już wystarcy!  – Powie wtedy Pon Bócek.”

*****

Nam trzem, tego dnia jeszcze tych słów nie powiedział….

A może przeciwnie - jakiś dobry anioł szepnął jednak wcześniej ostrzeżenie psu? Tylko, że nikt z nas, ludzi nie umiał zrozumieć co ma nam do przekazania nasz czworonożny partner?...

*****

Od tamtego zdarzenia minęło już kilka lat. Adler ożenił się w międzyczasie z piękną dziennikarką i prezenterką TV Silesia, a zarazem dzielną ratowniczką GOPR – Alą.  Gdy kilka lat później pod ciężarem śniegu runęła hala Międzynarodowych Targów Katowickich, bez namysłu oboje ruszyli by ratować życie ludzi uwięzionych pod tonami stali. Z swój czyn każde z nich otrzymało od Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Medal Za Ofiarność i Odwagę. 

A potem… Urodziła im się śliczna córeczka Pola i życie potoczyło się dalej…

****

Pamiętać jednak trzeba, że na całym świecie dla każdego z ratowników,  zegar życia i śmierci stale tyka… i nigdy nie wiadomo co podczas następnej akcji przyniesie los...


Piotr van der Coghen
Alpy, Wagrain. 8 marca 2012 r.

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga