pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

CZYNNOŚĆ ZWIĘKSZONEGO RYZYKA

Często gawędzimy o tragediach, które mają swe źródło w aktywności ludzkiej w górach. Ciekawe jest jednak to, że statystycznie rzecz biorąc, więcej osób ginie na drogach dojazdowych podczas podróży w góry aniżeli bezpośrednio uprawiając ryzykowne sporty górskie…

Pozwólcie więc, że przypomnę Wam kilka przykładowych nieszczęśliwych wypadków, które wydarzyły się podczas mojej służby ratownika górskiego turystom, narciarzom, grotołazom czy wspinaczom na podgórskich drogach, a czasem zanim jeszcze dotarli w wymarzone góry... 

***

Pamiętam taki wypadek sprzed lat. Ekipa turystów jechała „Maluchem” w góry. Żeby im nie zabrakło paliwa, z którym wówczas było krucho, do bagażnika znajdującego się z przodu tego pojazdu wrzucili duży karnister z benzyną. Nagle, na drodze górskiej, przód tego rozpędzonego samochodu zmienił się w płonący warkocz ognia… Kierowca mając przed sobą wieniec płomieni zasłaniający mu widok na drogę, stracił panowanie nad kierownicą i… samochód spadając z wysokiej, górskiej skarpy  wyrżnął w pień stojącego niżej  drzewa.  Wszyscy zginęli w płomieniach.
Cóż się stało? Otóż z nieszczelnego karnistra wyciekało powoli paliwo. Bagażnik wypełniał się benzyną i jej oparami. Niestety, w bagażniku tej marki montowany był też z przodu fabrycznie akumulator...  Do tragedii wystarczyło już tylko niewielkie zaiskrzenie na jednej z poluzowanych klem akumulatorowych.

***

Kolejny przypadek miał miejsce w innym czasie i miejscu, na ostrym łuku pewnej drogi. Tam z przejeżdżającego TIRa wypadł na zewnętrzną potężny ładunek w postaci ciężkich, tonowych bel papieru. Jedna z takich bel „musnęła” dach samochodu osobowego jadącego z przeciwka z kompletem grotołazów. Skutkiem tego dach „złożył się” jakby był z tektury w taki sposób, że głowa kierowcy „wyszła” przez boczną szybę. Niestety impet uderzenia był tak olbrzymi, że niemal jednocześnie lewy słupek obciął mu głowę. Ginąc, kierowca wyprężył się dodając gazu przez silnie naciśnięcie na pedał… Rozpędzony samochód przejechał jeszcze ok. 200 metrów, zjeżdżając w końcu na lewą stronę, wpadł do rowu  i uderzył z impetem w drzewo. Dopiero wówczas, podczas tego ostatniego uderzenia, pasażerom tego auta połamało nogi.
Co ci pasażerowie czuli jadąc te kilkanaście sekund z ze zgilotynowanym kierowcą za kierownicą, chyba nikt nie chce wiedzieć…

***

Innym razem, na sześciopasmowej szosie szybkiego ruchu z Warszawy w góry, na wysokości Sosnowca, gdzie ruch samochodowy jest szybki i gęsty, od bagażnika jednego z samochodów pędzącego w kierunku Beskidów, odpięły się zamocowane tam deski snowboardowe i uniesione pędem powietrza poleciały do góry, a następnie trzasnęły o jadące za nim rozpędzone  samochody. W gwałtownie hamujące auta uderzyły kolejne pojazdy… Dla niektórych uczestników wypadku, perspektywa szaleństwa na nartach – oddaliła się wtedy na czas bliżej nieokreślony…
Może i dobrze. Przecież w górach mogli np. złamać nogę…

***

Jeśli chodzi o inne przypadki „około narciarskie” to pamiętam też zdarzenie, w którym pewna para jadąc na wczasy narciarskie samochodem typu combi, zapakowała sobie torbami i plecakami cały tył pojazdu, a na wierzchu tych rzeczy położyła luźno, pod dachem auta, narty i kije.
Niestety wskutek gołoledzi na drodze samochód raptownie wpadł w poślizg, a kierowca nie opanował pojazdu, który wpadł do głębokiego rowu. Auto nie uległo jakiemuś większemu zniszczeniu oprócz wgnieceń karoserii...
Problem jednak w tym, że luźno położone narty poleciały z impetem do przodu uderzając jak metalowe szyny w kark kierowcy i w skroń pasażerki.
Narciarze ci niestety nie przeżyli tego eksperymentu… natomiast ich dziecko śpiące z brzegu, na tylnym siedzeniu wyszło z tej kraksy bez szwanku… nie mogło tylko zrozumieć co się stało z mamą i z tatą, dlaczego się nie odzywają, skoro ich woła…

***

Pamiętam też terenowego GAZ-ika wypełnionego młodzieżą, który wpadł w poślizg na łuku szosy przechodzącej nieopodal popularnego rejonu skałkowego.  GAZ-ik koziołkując dachował miażdżąc pasażerów siedzących pod wątłą plandeką. Ich plecaki zapakowane były specjalistycznym sprzętem służącym do uprawiania wspinaczki skalnej - sportu uważanego powszechnie za sport wysokiego ryzyka…

***

Jaki stąd morał ? Uprawiajcie wszelkie sporty górskie bez lęku!
Bowiem zła wiadomość to taka, że jeśli ON zdecyduje, że to Wasz koniec – nie ukryjecie się przed NIM nigdzie.
Dobra natomiast jest taka, że póki ON nie zdecyduje o Waszym odejściu - możecie hasać po górach do woli.

Ale szalejąc w górach, nie prowokujmy Go też nad miarę… bowiem zachowując się czasem jak kretyni (vide: gawęda "Prima Aprilis"), możemy Go ciężko obrazić, gdyż Pan Bóg stworzył nas ponoć na podobieństwo swoje… 

Piotr van der Coghen
20  października 2011 r
Polska, Warszawa 


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga