pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

BASZTA

Pięknie odrestaurowany obecnie przez rodzinę Laseckich, jurajski zamek w Bobolicach piętrzący się dziś pysznie na białej, wapiennej skale - kryje od lat nie tylko niejedną, mroczną tajemnicę, ale był też świadkiem znanych, dramatycznych wydarzeń…  

Pamiętać należy, że po wiekach świetności, mury tej dumnej kasztelańskiej siedziby, potrzaskała podczas „potopu szwedzkiego” wroga artyleria i przez setki lat zamek stawał się ruiną, pogłębiającą się z roku na rok coraz bardziej …

Obraz tych fantastycznych i groźnych starych murów zamkowych sprzyjał tworzeniu legend opowiadanych wieczorami swym wnuczętom przez babki.  Tak też powstała legenda o średniowiecznym duchu zwanym Białą damą, będącym zjawą wiernej żony zamurowanej żywcem w wieży przez chorobliwie zazdrosnego małżonka-kasztelana… Opowiadano też o dwóch braciach, z których jeden był starostą królewskim, a drugi prowadził życie rozbójnicze… i który walczyli ze sobą na śmieć i życie…

Ale ja Wam opowiem historię dramatu, który rozegrał się na tym zamku zupełnie niedawno, bo na początku ostatniej dekady ubiegłego wieku, jeszcze przed jego odbudową…

Były to zupełne początki zorganizowania się grupy pasjonatów ratownictwa i wspinaczki w Jurajskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe (JOPR). Nie mieliśmy niemal nic, prócz poradzieckiego Uaza i kilku lin oraz niewielkiej ilości prywatnego sprzętu alpinistycznego. Bytowaliśmy za własne pieniądze a na paliwo i resztę dawałem pieniądze z rodzinnej skarbonki. Stanowiliśmy po prostu ekipę pozytywnie zakręconych pasjonatów...

Dyżurowaliśmy wówczas wszyscy ochotniczo (bez jakiegokolwiek wsparcia od kogokolwiek),_bytując pod wojskowymi, brezentowymi namiotami na ówczesnej Bazie Biwakowej PZA „Tabor” na Lgotce k. Podlesic. Dyżur ratowniczy odbywał się tam wówczas jedynie w czasie wiosenno-letnio-zimowym. To znaczy zaczynał się  wraz z zejściem śniegów, a kończył się wówczas, gdy już  na bazie biwakowej woda w kranach zamarzała i ratownicy nie mieli jej ani do mycia, ani do picia …

Ale tymczasem na Jurze był chyba maj albo kwiecień. Szaleństwo świeżej zieleni drzew i traw o oszałamiającej woni oraz bieli wapiennych, jurajskich skał. Ciepły i słoneczny dzień dobiegał końca. Pełniłem wówczas na Bazie, dyżur ratowniczy z moją żoną Ireną (zwana przez przyjaciół „Szarotką”). Siedzieliśmy zmęczeni po całym dniu działania w terenie. Nasi dorośli synowie wraz z innymi ratownikami JOPR, wspinali się jeszcze gdzieś na skałach. Była cisza, na tle której brzęk owadów słyszało się szczególnie głośno.
Odsapnąwszy, zabieraliśmy się właśnie do zapalenia wieczornego ogniska, obierania ziemniaków i ugotowania w kotle jakiejś zupy dla wszystkich, kiedy zadzwonił nasz alarmowy telefon komórkowy. Była to Nokia, wielka jak cegła, funkcjonująca na bazie, z konieczności (brak zasięgu), wyłącznie na zewnętrznej antenie umieszczonej na wysokiej żerdzi, a kosztująca nas wówczas w zakupie tyle co samochód.
Niemniej ten telefon był ważny, bo dawał łącznośc ze światem! Tym razem dzwonił Dyspozytor Pogotowia Ratunkowego z Myszkowa, który zgłaszał wypadek: „dziewczyna spadła z zamku w Bobolicach!”

Konstatując, że ludzie spadający z murów zamkowych lądują zwykle u ich podstawy, wrzuciliśmy do naszej, terenowej  karetki, (którą stanowił wysłużony,  UAZ-blaszanka): szyny Krammera, apteczkę plecakową i zwykłe, polowe, wojskowe nosze. Po tym wskoczyliśmy na jego pokład. 

UAZ o dziwo, zapalił bez namawiania (co nie zawsze się zdarzało) i ruszyliśmy pędem na miejsce zdarzenia. Pędem to słowo dość uznaniowe. Nasz stary, wysłużony UAZ „pędzący” na sygnale w stronę Żarek, rozwijał na lekkim wzniesieniu k.hotelu „Ostaniec” niebotyczną szybkość 40 km/godz. Nie mniej w terenie zachowywał się nadzwyczaj dzielnie, dojeżdżając tam, gdzie znacznie szybsze na szosie Nysy i Polonezy pogotowia ratunkowego nie miały żadnych szans…

Gdy dojechaliśmy pod ruiny zamku w Bobolicach zobaczyliśmy, że zgłoszenie o wypadku brzmiące: „spadła z zamku”, nie musi wcale oznaczać, że lot nieszczęsnej panny zakończył się pod murami.

Okazało się, że nastolatka, która w intensywnie żółtej kurteczce wdrapała się na szczyt baszty zamkowej i ponoć przekomarzając się z kolegami rzucała w nich żwirem, nagle, jak mówili świadkowie, straciła równowagę lub potknęła się i spadła w przepaść. Spadając na zewnętrzną, północno-zachodnią stronę walnęła potężnie, całym ciałem w występ skalny, ale spadając dalej, zawisła zahaczając na szczęście o konar drzewa wyrastającego ze szczeliny wysokiej skały, na której zbudowano zamek.

Tak więc jej pogruchotane ciało, zaczepione o wspomniany korzeń było chwilowo unieruchomione na wysokości kilku pięter nad ziemią. Dziewczyna była  silnie oszołomiona i pobudzona.  Charcząc wykonywała nieskoordynowane ruchy, mogące w konsekwencji spowodować jej zsunięcie i dalszy upadek, do podstawy ściany, którego by z pewnością już nie przeżyła.

Byliśmy zaskoczeni tą sytuacją, która tak bardzo różniła się od treści zgłoszenia wypadku.  Dodatkowo sytuację komplikował fakt, że były to początki funkcjonowania JOPR i metoda wówczas była taka, że jadąc na akcję wrzucało się do samochodu terenowego tylko rzeczy doraźnie konieczne do danego rodzaju interwencji, więc nie mieliśmy ze sobą tym razem sprzętu alpinistycznego, który wyjeżdżając uznaliśmy za zbędny….
Tymczasem wiszące wysoko nad ziemią, szarpane drgawkami, pogruchotane ciało dziewczyny mogło w każdej chwili runąć w dół i aby ją ocalić trzeba było działać  natychmiast.

Nie namyślając się wiele, mała, filigranowa Szarotka wspięła się do nieprzytomnej dziewczyny, bez żadnej asekuracji po skałach i murze zamkowym, jedynie z apteczką plecakową. Klinując się między murem i konarem wyrastającego ze szczeliny drzewka, postanowiła z całą determinacją trzymać ranną i zabezpieczając przed dalszym upadkiem w miarę możliwości tamować krwawienie i kontrolować jej funkcje życiowe.

Ja zawróciłem szybko UAZem po konieczny tu sprzęt alpinistyczny i po   wspinających się w rejonie Góry Zborów ratowników (mieliśmy wówczas tylko  jeden przenośny telefon, który wziąłem ze sobą i jeden radziecki samochód terenowy, którym jechałem, więc nie było ich jak zawiadomić ani jak inaczej przetransportować na miejsce wypadku.

Oczywiście, według prawa Murphiego, jeśli coś może się wydarzyć to wydarzy się w najgorszym momencie. W tym przypadku podczas jazdy natychmiast „klęknęła” syrena, w którą był wyposażony był nasz wypadkowy UAZ, więc będąc pozbawiony sygnałów dźwiękowych byłem zmuszony jechać stępa w radosnym, weekendowym korku samochodów turystów rozanielonych pięknem Jury . Poprzednie tempo jazdy wydawało się teraz wyścigiem bolidów…

W końcu dotarłem w rejon Kruczych Skał, ale teraz po tym straszliwie długim i wyprowadzającym z równowagi dojeździe do Podlesic, powolny, radziecki UAZ miał szansę pokazać swoją klasę. Przez głębokie wykroty i zalegające leśną ścieżkę głazy, wyrwał sprawnie i szybko na niedostępną dla innych pojazdów Górę Zborów.  Tu alarmując krzykiem, ściągnąłem wspinających się tam ratowników: Adlera, Tigera, Rudiego, Lega, Sebastiana i Tomka oraz kilku innych. Jeden z nich został do likwidacji stanowisk, a inni po chwili wskakiwali biegiem do zawracającego auta. Teraz na Tabor po doposażenie!

Po zabraniu z bazy koniecznego sprzętu alpinistycznego oraz naszych pierwszych specjalistycznych noszy wysokościowych (zakupionych dosłownie poprzedniego dnia  w firmie „Explorer” z Bielska-Białej), ruszyliśmy z powrotem pod zamek. Był już późny wieczór. Większość turystów wyjechała z Jury do domów, więc szosa była już luźniejsza i mogliśmy jechać dość szybko. Po pół godzinie byliśmy z powrotem na miejscu wypadku.

Tymczasem zapadł zmierzch. Na tle intensywnie szafirowego nieba groźnie czerniały wyszczerbione zęby wznoszących się wysoko murów obronnego zamku. Na podgrodziu, mimo mroku kłębił się tłum turystów i mieszkańców pobliskiej wioski, co nie ułatwiało nam rozwinięcia akcji.  Wysoko, w połowie potężnych i ponurych w tym świetle murów, przy wyrastającym ze skał pniu drzewa trwała uczepiona skał, zdrętwiała już  Szarotka, trzymająca ostatkiem sił nieprzytomną, ranną dziewczynę, chroniąc ją przed dalszym upadkiem.

Czas naglił.  Lada chwila poszkodowana mogła się jej wyślizgnąć. Gdy podjechaliśmy na miejsce ratownicy wspięli się natychmiast na mury zamku i założyli na resztach baszty stanowiska zjazdowe. Po kilku minutach zjechali z noszami na linach alpinistycznych do poszkodowanej.  Trzeba było włożyć ją do noszy na tyle ostrożnie, żeby rzucająca się nieprzytomnie, podczas tej akcji nie spadła… 

Dziewczyna wyglądała jak krwawy strzęp. Była pokrwawiona, ubłocona, mokra od moczu i nieprzytomna, zwinięta w kłębek w sposób typowy dla osób z uszkodzonym kręgosłupem. Ratownicy unieruchomili poszkodowaną w noszach zabezpieczając uprzednio jej połamany kręgosłup przed przerwaniem rdzenia w kamizelce KED. Uwolnili tym samym Szarotkę, która cała zdrętwiała od niemal trzygodzinnego trwania w ekspozycji, w dość ekstremalnej pozycji, nie była w stanie im towarzyszyć.  W zupełnych ciemnościach rozpoczął się zjazd z noszami na linach do podstawy ściany, a potem, dalej z asekuracją linową, powolny ich transport, stromą skarpą, na której wznosiła się skała zamkowa. 

Na dole policjanci podjechawszy swym GAZikiem pod stok, najwyżej jak to tylko było możliwe, próbował oświetlić reflektorami miejsce akcji. Zespół medyczny karetki "R" pogotowia ratunkowego z Myszkowa czekał na przyjęcie poszkodowanej z rąk ratowników. Po przełożeniu dziewczyny z noszy wysokościowych na karetkowe, po wstępnym badaniu lekarskim i szybkim przygotowaniu do transportu, ambulans marki "Nysa" migocząc „kogutami” z jękiem syreny wyruszył do szpitala w Myszkowie…

Tymczasem, któryś z ratowników wspiął się z liną i uprzężą, żeby pomóc zdrętwiałej Szarotce opuścić niewygodne miejsce na murach zamkowych. Nie posiadała  przecież sprzętu alpinistycznego i po tak długim tkwieniu nieruchomo w ścianie, miała kłopot z samodzielnym poruszaniem się. W tej sytuacji dopiero gdy  znaleźli się już bezpiecznie na dole – odetchnęliśmy z ulgą.

W ciemnościach, powoli zwijaliśmy liny i porządkowaliśmy sprzęt alpinistyczny. Zakrwawione i ubłocone nosze wrzuciliśmy byle jak do UAZ-a.
I tak trzeba je będzie umyć na Taborze…

Nadciągnęły granatowe chmury. Zrobiły się egipskie ciemności. Wiatr wzmagał się wyjąc w czarnych konarach drzew i świszcząc w szczelinach ruin zamkowych, wzmagających echo.  Nadchodziła zmiana pogody…

Było już po północy gdy dotarliśmy na Tabor i usiedliśmy przy wielkim, sosnowym stole przy gorącej herbacie. Wiatr miotał płomieniami ogniska rozpalonego przed wiatą, ciskając wściekle snopy iskier w ciemność. Nigdy jeszcze, pomimo straszliwego zmęczenia, nie czuliśmy w sobie takiej mocy i siły wynikającej z solidnego wykonania trudnego zadania…
Ten wieczór był kolejnym testem. Potwierdził, że nasza służba na Jurze, służba ratowników górskich  ma sens… Sens, mający wartość ludzkiego istnienia…

****

Następnego dnia otrzymaliśmy ze szpitala dość szokującą informację, że lekarze stwierdzili u poszkodowanej aż 17 złamań !!! (m.in. kręgosłupa, miednicy, pęknięcie czaszki i in.)  Wyglądało to zupełnie tak jakby to nie żywa dziewczyna, ale  jakaś figurka kruchej, kryształowej księżniczki spadła z tej zamkowej wieży i potrzaskała się.  
Natomiast tej informacji tworzyszyła inna, zaskakująco dobra, że jakimś cudem nastolatka nie została sparaliżowana…

Przyznaję, że to była dla nas ogromna satysfakcja!

****

Kolejnego dnia około południa zadzwonił telefon. Dzwonili jacyś naprawdę rzetelni harcerze. Zgłosili, że podczas prowadzonej przez siebie gry terenowej, w Bobolicach w miejscu naszej poprzedniej akcji ratunkowej, znaleźli naszą plecakową apteczkę ratowniczą. Znaleźli ją ubłoconą u podstawy murów zamkowych poniżej miejsca, w którym samotna Szarotka walczyła o życie dziewczyny, zaczepionej o korzeń drzewa wyrastającego ze skalnej, zamkowej szczeliny….

****

Minęło niemal pół roku. Pod koniec jesieni pod naszą bazę podjechał elegancki samochód osobowy. Podeszliśmy w kilku do bramy spodziewając się zawiadomienia o jakimś kolejnym nieszczęściu. Jednakże z samochodu wysiadł szpakowaty mężczyzna i piękna jak sen, długonoga blondynka z bukiecikiem fiołków...  

Pan wyglądający na jej ojca spytał najpierw „- Czy to baza JOPR?” a uzyskawszy potwierdzenie, powiedział: „Pamiętacie moją córkę?” Zaprzeczyliśmy gorąco, nie wiedząc jakież to roszczenia ma do któregoś z nas ta, nieznana nam młoda dama. On jednak kontynuował: „Moja córka, to ta dziewczyna z Bobolic”.

Aaaa… Popatrzyliśmy na nią zdezorientowani i zakłopotani.  Wcale nie przypominała tej pokrwawionej i ubłoconej, nieszczęśliwej istotki z zamku…

Przerywając ciszę, ojciec się ponownie odezwał zwracając się tym razem do dziewczyny: „Coś chciałaś powiedzieć tym panom, Zosiu?”
„Tak – ona na to – chciałam panom bardzo podziękować, że dzięki wam żyję i… że mogę chodzić o własnych siłach… Kochani! To dla was te kwiaty…”

*

Drobna Szarotka stała za nami, samotnie w cieniu…
W radosnym zamieszaniu jakoś wszyscy o niej zapomnieli …

 

 Piotr van der Coghen
 Rzym, 10 sierpnia 2010 r 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga