pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

NARCIARSTWO I NEGLIŻ.

Mawia się, że w ratownictwie bywa czasem śmiesznie, a czasem strasznie, bo zdarzają się nieszczęśliwe wypadki, których okoliczności sprawiają, że ratownikom trudno mimo wszystko zachować powagę… 

Pamiętam takie zdarzenie. W doliny nadchodziła oszałamiająca wiosna, ale w górach była jeszcze zima, pełna pięknego, iskrzącego się w słońcu śniegu. Na białej polanie poniżej schroniska pokrytej wymarzonym przez narciarzy firnem, słychać było terkotanie starego silnika napędzającego wyciąg „zaczepowy”, syk nart na śniegu i wesołe krzyki uczestników kursu narciarskiego.

Pełniliśmy tego dnia z kolegą dyżur na stoku narciarskim i trenując w pocie czoła kolejne zjazdy korzystaliśmy  ze słońca  pogłębiającego intensywnie brąz naszych twarzy, gdy wtem, dopadł do nas zdyszany instruktor narciarski i zawiadomił nas, że dziewczyna, uczestniczka kursu narciarskiego złamała rękę.

Natychmiast wyciągnęliśmy z budy tobogan pytając, w którym miejscu rozwaliła się ta pechowa narciarka. Jednakże zgłaszający wypadek instruktor z zażenowaniem wyjaśnił, że do nieszczęścia doszło nie na stoku, ale w pustym o tej porze schronisku. Słysząc to byłem przekonany, że dziewczyna schodząc w plastikowych butach narciarskich po śliskich, mokrych schodach wywróciła się pechowo łamiąc rękę.

Ale sytuacja była nieco bardziej skomplikowana...

Gdy zdyszani biegiem po śniegu, z apteczką i szynami Krammera dotarliśmy do schroniska zastaliśmy w jednym z pokoi piękną narciarkę co prawda faktycznie ze złamaną prawą ręką i zwichniętą lewą, ale dodatkowo eksponowała się nam tak, jak ją Pan Bóg stworzył...

Stanęliśmy trochę zdezorientowani, ale po chwili prawda wyszła na jaw. Otóż owa młoda dama, doczekawszy gdy już wszyscy współmieszkańcy pokoju wyszli na narty, pozostała w nim sama, a właściwie nie sama, ale wraz z uroczym instruktorem narciarskim, diabolicznym brunetem, "Panem Kaziem" na swego rodzaju indywidualne korepetycje. Rzeczone korepetycje przerodziły się w bardzo intensywne ćwiczenia fizyczne na piętrowym łóżku schroniska.  Szło im nieźle w uprawianiu owego baletu erotycznego, do czasu gdy  dziewczyna nagle… ześlizgnęła się pechowo i grzmotnęła na podłogę. Niestety lot ze schroniskowego  „piętrusa”, czyli z wysokości niemal dwóch metrów nie bywa zbyt bezpieczny i dziewczyna spadając na twarde deski, chroniąc głowę, uszkodziła sobie paskudnie obie ręce… 

Dopiero więc po wysłuchaniu tych wyjaśnień zażenowanej pary zrozumieliśmy dlaczego ta, leżąca na schroniskowej podłodze, skądinąd ślicznie zbudowana miłośniczka zimowych szaleństw, była podczas wypadku goła jak święta turecka...

Wobec tej sytuacji, po unieruchomieniu jej złamań i zwichnięć, po raz pierwszy w mojej ratowniczej praktyce, aby zrealizować standadowy, zimowy transport kontuzjowanej narciarki w dolinę, do karetki pogotowia ratunkowego, musieliśmy ją z kolegą najpierw ubrać, od bielizny poczynając…

Zazdrosne do szaleństwa o "Pana Kazia", schroniskowe kucharki (zachowujące się na codzień dość bezpruderyjnie), odmówiły nam współpracy przy tym ubieraniu, twierdząc obłudnie, że z taką "bezwstydną wszetecznicą" nie chcą mieć nic wspólnego!

Piotr van der Coghen
Wiedeń, 2 sierpnia 2011 r


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga