pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

EDEK Z BABIEJ

Często podkreślając jakiś ideał i kompetencje górskie, mówimy o takim kimś: „Człowiek Gór”. Tym tytułem nie byłym w stanie niestety obdarzyć dziś wszystkich ludzi „chadzających” po górach, bo wśród nich, jak i wszędzie, bywają zarówno prawi i odważni pasjonaci lub profesjonaliści, jak i nieobliczalni, zadufani w sobie albo zakompleksieni partacze.  Ale chciałbym Wam dziś opowiedzieć o pewnej akcji ratunkowej pewnego niezwykłego człowieka, z którym niegdyś połączyła nas pasja do ratownictwa i gór, ale w końcu i góry nas rozłączyły …

Był piękny, lutowy dzień. A dokładnie 4 lutego 1988 r. Ostre słońce odbijało się od iskrzącej bieli ośnieżonych gór. Przetarte ostatnimi dnami przez licznych turystów szlaki, zapraszały do wędrówek, a kolorowo ubrana młodzież wypoczywająca na feriach zimowych w górach chętnie z nich korzystała.

Takiej właśnie pokusie uległa pewna młodzieżowa  grupa (jak pamiętam) z parafialnej, zimowej kolonii z Sidziny. Jej uczestnicy zaplanowali swe wyjście do schroniska PTTK na Hali Krupowej przejście przez Police, przełęcz Krowiarki i dalej Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach.
Jak się rzekło, piękny, słoneczny i mroźny był to dzień. Śnieg skrzypiał pod butami. Nad głowami unosiłą sie para z oddechów. Grupa raźnie maszerując dotarła do Przełęczy Krowiarki. Tam spotkała górali, pracujących przy wyrębie i zwożących zwalone pnie sanną. Na polanie płonęło ognisko z obciętych gałęzi. Unosił się silny zapach żywicy i świerkowego dymu. Słychać było dźwięk pił pracujących drwali i parskanie dzielnych, góralskich koników. Grupa rozłożyła się na zgromadzonych pniach, wokół ogniska, którego żar dawał zapomnieć o mrozie.  Młodzież jadła wypakowane z plecaków zapasy. Humory były świetne. Żartom, śmiechom i tupotom nie było końca. W tej piknikowej atmosferze ktoś wpadł na pomysł: „Taka świetna pogoda! Nie idźmy nudnym Górnym Płajem. Chodźmy granią przez szczyt Babiej Góry! Jakie tam muszą być piękne widoki! Pewnie i Tatry widać jak na dłoni!”. Wszyscy ten pomysł podchwycili, a opierającego się nieco opiekuna, przekonały najstarsze dziewczynki, trzepocząc skutecznie rzęsami.

*** Biabia Góra (1725m npm) to jedyny w Beskidach szczyt o charakterze alpejskim. Jej pokryta głazami kopuła szczytowa nazywana jest przez Polaków „Diablak”, przez Słowaków: „Czertów Zamok” a przez Niemców „Teufelsschloss”.  Jej północno-zachodnie stoki opadają na dół groźnymi urwiskami. Przejście jej całego grzbietu zabiera przeciętnemu piechurowi w dobrych warunkach kilka godzin. Znana z gwałtownych załamań pogody, gęstych mgieł i tragicznych zabłądzeń.***

Chwilę jeszcze trwało nim się pozbierali, ale w końcu wycieczka wyruszyła szlakiem prowadzącym przez grzbiet Babiej na Diablak. Minęła przypuszczalnie godzina 2 po południu. Szlak w górę przez las nie był już tak przetarty, więc dojście do Sokolicy zabrało im więcej czasu niż myśleli. Gdy brnąc po kolana w śniegu wyszli z górnej granicy lasu, uderzył w nich wiatr… Ale nie taki lekki, sympatyczny, przynoszący ulgę spoconemu turyście w letni dzień.
 Był to silny, przenikający na wskroś, lodowaty wiatr niosący szybko ciężkie od śniegu chmury! Szło załamanie pogody!
Gdzieś zniknęło piękne słońce… wokół zrobiło się ponuro i nieprzyjaźnie. Narastająca wichura miotała ostrymi drobinkami śniegu i lodu i siekła nimi boleśnie w twarze, jak drobnym żwirem. Mroziła do szpiku kości. Jej zwiększające swą moc uderzenia wręcz zbijały z nóg na otwartej przestrzeni. Mgły niesione wichrem, gdzieś od Orawy przewalały się przez łysy grzbiet Babiej Góry ograniczając widoczność do kilku metrów powodując dezorientację idących. Szczęściem, na grzebiecie znakarze ustawili swego czasu co kilkadziesiąt metrów kopce z kamieni, a w nich zatknęli tyczki kierunkowe, co umożliwiało utrzymanie właściwego kierunku marszu.

Chociaż… coraz bardziej trudno to było jeszcze nazywać marszem. Co prawda na otwartym, wywianym grzebiecie nie było już zasp, przez które trzeba byłoby się przedzierać, ale bynajmniej nie było lepiej. Świszczący wiatr dusił swą mocą wtłaczając podchodzącym powietrze do płuc. Zmęczona już młodzież, zataczająca się pod wściekłymi uderzeniami potężnej wichury, poruszała się chwilami na czworakach po zlodowaciałym śniegu, próbując w ten sposób nie dać się przewrócić, w dążeniu od kopca do kopca…

Zatracając się w walce aby osiągnąć upragniony szczyt, nie zauważyli nawet gdy zaczął zapadać zmrok. W ciemności, mgle i wichurze czuli, że zamarzają w swych przewiewnych kurteczkach, cienkich sweterkach i przemoczonych do cna rękawiczkach. Czuli, że wichura przygniata ich swym potężnym kolanem, przytrzymując szponami, aby mróz zrobił swoje, wysysając z nich stopniowo ciepło, a nawet życie…

Radosna wędrówka górska zmieniła się w rozpaczliwą udrękę, paniczny strach  i fizyczne cierpienie odmrażanych palców i twarzy.

Nagle jedna z dziewczynek 15 letnia Urszula, wyczerpana do granic możliwości, padła charcząc pod jednym z kamiennych kopców i… już nie wstała. Tymczasem grupa przebiegła pod osłonę następnego kopca. Na szczęście ktoś się zorientował, że jej nie ma. Najsilniejsi chłopcy zawrócili po nią i wlekąc półprzytomną po lodzie i kamieniach, w wichurze i śnieżycy, pokonali jeszcze kilka ostatnich odcinków między kopcami.

Minęli przedostatni szczyt Babiej Góry zwany Diablą Kuchnią i dotarli do Siodła Bończy - przełęczy sąsiadującej ze szczytem. Szturm na wierzchołek stracił już dla nich znaczenie. Walczyli o życie swoje i nieprzytomnej koleżanki.  Diablak minęli od strony Głazowisk Staszica, ale zaraz za nim, wyczerpani do granic – poddali się. Doszli do wniosku, że już nie dadzą rady. Opiekun grupy z rozpaczą skonstatował, że jeśli nie opuszczą grani wystawieni na wściekłe uderzenia mroźnej wichury to szybko zamarzną wszyscy. Wiedział też, że wyczerpana młodzież nie jest w stanie już nieść ciężkiej koleżanki. Postanowił pozostawić ją za załomem skały, pod szczytem pod opieką najstarszego z chłopców, a sam pilnując żeby wycieczka się nie rozproszyła podążył z nią szlakiem, w ciemności i wichurze w kierunku Przełęczy Brona.

Gdy grupa zeszła na przełęcz spotkała jakieś dwie turystki idące od przełęczy Jałowieckiej. Te dowiedziawszy się o zasłabnięciu jednej z dziewczynek użyczyły opiekunowi opakowanie Cadiamidu i podjęły się samorzutnie zadania sprowadzenia młodzieży do schroniska. Opiekun zawrócił w kierunku szczytu, ale na Złotym Groniu, wyczerpanego wichura sponiewierała go tak, że poddał się i ostatkiem sił zawrócił do schroniska.

Po dotarciu do Markowych Szczawin udał się prosto do dyżurki Grupy Beskidzkiej GOPR zgłaszając ratownikom zdarzenie. Ci w okamgnieniu poderwali się do akcji. Natychmiast wyruszyła wyprawa ratunkowa. Zawodowy ratownik GOPR i przewodnik górski Edek Hudziak ruszył na szczyt samotnie, nieprzetartym szlakiem, zw. Akademicką Percią chwilami po pas w śniegu. Szlakiem najkrótszym, ale i najbardziej stromym. Reszta ratowników, jeśli dobrze pamiętam pod wodzą ratownika-ochotnika GOPR Piotra Mięso, udała się  z toboganem ratowniczym przez Przełęcz Bronę. Ciemność, zadymka śnieżna, ostry mróz i wichura czyniły warunki poszukiwań ekstremalnymi.
Edek, słynący z nieprawdopodobnej wytrzymałości, żelaznej kondycji  i siły oraz świetnej orientacji w terenie Babiej, którą znał jak własną kieszeń (sam był na jej szczycie ok. 1000 razy), dotarł niebywale szybko na Diablak, gdzie oprócz zwalającej z nóg wichury i zadymki śnieżnej, panowała pustka i gęsta mgła. Niestety nie odnalazł dzieciaków w miejscu opisanym przez opiekuna. Poszukiwanie w tych warunkach stawało się wręcz nieprawdopodobieństwem i wówczas zaprocentowało jego wieloletnie doświadczenie ratownicze, a także łut ratowniczego szczęścia… zwany czasem cudem. Otóż dostrzegł wśród głazów w śniegu i lodzie ślady stóp i krwi. Podążając za nimi dotarł do zagłębienia w śniegu, gdzie się poszukiwani ukryli przed uderzeniami huraganowego wiatru.

Niestety oboje nie byli już kontaktowi. Chłopiec wyglądał gorzej: miał na twarzy istną, lodową maskę. Ratownik rzucił się natychmiast do reanimacji i po kilku minutach zabiegów wrócił chłopcu oddech i otworzył oczy. Gdy Edek skierował się do dziewczyny, wyglądała jakby spała. Nie wyczuwając u niej tętna i oddechu podjął i u niej zabiegi reanimacyjne mając świadomość, że jedynym ratunkiem dla tych ofiar jest natychmiastowe zniesienie ich i ochrona przed morderczym wychłodzeniem, potęgowanym uderzeniami lodowatego wiatru.  Najlepszym rozwiązaniem byłby szybki transport toboganem do ciepłego schroniska…

Gdy jednak połączył się przez radiotelefon GOPR zw. „Klimkiem” z wyprawą ratunkową idącą od przełęczy Brona dowiedział się, że ratownicy idąc na czworakach w potęgującym się wciąż huraganowym wichrze i śnieżycy, walczą na lodzie aby wicher nie zwiał im z grani ciężkiego toboganu. W tych warunkach nie było szans aby mogli dotrzeć doń w czasie krótszym od jednej godziny.

W tej sytuacji Edek zdecydował, że uciekając przed wichurą i grożącą hipotermią, musi ściągnąć umierających turystów jak najszybciej stromymi, północnymi stokami Babiej. Była to jedyna szansa na ich ocalenie. Realizując ten zamysł, w braku jakichkolwiek innych środków,   zapakował sobie na plecy nieprzytomną 16 latkę, a kompletnie wyczerpanego i półprzytomnego chłopca przywiązał sobie do ręki na długim repsznurze,  po czym zaczął schodzić grzęznąc chwilami po pas w nawianym śniegu. Gdy repsznur się kończył na swej długości, kładł dziewczynę na śnieg i wracał w górę po chłopca, znosząc go w dół.  I tak, w górę i w dół,  na zmianę bez końca. Ten marsz przerywał co chwilę w śniegu, zabiegami reanimacyjnymi. Nagle przy stromym zejściu - trzask! Noga potężnego Edka wpadła do pustej przestrzeni między kosówką i głazami, a ciężar korpulentnej dziewczyny przegiął go do przodu. Dźwignia stworzyła się tak wielka, że chrupnęło kolano ratownika.

Sytuacja stała się niezwykle groźna, żeby nie powiedzieć beznadziejna. Cała trójka ubrana w rzeczy przemoczone i zamarznięte na blachę, znajdowała się w bliżej nieokreślonym miejscu, poza szlakiem w ciemności i burzy śnieżnej, na stromych stokach Babiej Góry. Kontuzjowany ratownik nie mógł stanąć na uszkodzoną nogę, a był w trakcie pilnego transportu umierającej dziewczyny i wpółprzytomnego chłopaka.

W tej sytuacji nieprawdopodobnie kreatywny Edek naciągnął kaptur na głowę, położył się na śniegu na plecach głową w dół. Nieprzytomnego chłopaka przywiązał repsznurem jak smyczą do siebie, żeby mu się „nie stracił” a umierającą dziewczynę położył sobie na brzuchu. Odpychając się zdrową nogą poczęli zjeżdżać na plecach w głębokim śniegu, długim żlebem w dół, tworząc jakby niesamowity okręt z ciał… Jeszcze metr i jeszcze. Wydawało się, że ta jazda nigdy się nie skończy…
Na linii lasu, gdzie już spadku zabrakło, zaśnieżeni i zalodzeni zatrzymali się… to był ostateczny koniec jazdy. Teraz aby wszyscy troje przeżyli, konieczna była pomoc innych ludzi. Ratownik rozpoczął znów nierówną walkę ze śmiercią i w śnieżnej zaspie, coraz bardziej wyczerpany reanimował dziewczynę, na zmianę wołając kolegów na pomoc przez radiotelefon „Klimek” .

Po wielu próbach, w końcu udało mu się połączyć radiotelefonem z wyprawą i schroniskiem. Określił w przybiżeniu gdzie jest. Wyprawa ratownicza  Piotra Mięso opuściła grań w rejonie Kościółków i trawersując północne stoki kierowała się w jego stronę ciągnąc przez zaspy swój tobogan. Tymczasem ówczesny kierownik schroniska Jasiu Lizak skrzyknął na pomoc grupę turystów śpiących w schronisku i z ich pomocą zorganizował trzecią wyprawę podążając żółtym szlakiem do góry, ciągnąc dwa kolejne tobogany.

Minęło trochę czasu nim się odnaleźli w ciemnościach i tym zimowym piekle, ale teraz akcja ratunkowa ruszyła sprawnie i szybko. Niestety dziewczyna już nie oddychała. Rozpoczęto reanimację, wznawianą kilkakrotnie podczas transportu i kontynuowaną jeszcze w dyżurce, aż do przybycia zespołu „R” Pogotowia Ratunkowego z Suchej Beskidzkiej, który niemal biegiem wyszedł z dołu do schroniska i podjął w pełni medyczną reanimację. Niestety bez skutku. Lekarz stwierdził zgon.

Półprzytomnego i głęboko wychłodzonego chłopca przetransportowano na toboganie w dół do Zawoi Markowe, a stamtąd już karetką pogotowia ratunkowego zawieziono go do Szpitala w Suchej… Przeżył.

Edkowi, koledzy musieli też zorganizować „zwózkę” toboganem. Cóż... Trzeba było z pokorą dać się zapakować do gipsu na długie tygodnie, a to, dla tak czynnego   człowieka łatwe nie było…

*****

Edek wyzdrowiał. Wrócił do służby ratowniczej w GOPR. Wiele jeszcze gór przeszedł i jako zawodowy przewodnik i wiele ścian pokonał jako alpinista. Był na Elbrusie. Wspinał się w Tatrach i Andach. Później szereg lat kierował schroniskiem PTTK na Markowych Szczawinach, jako jego gazda.  Był świetnym ratownikiem górskim i wodnym. Takim, z powołania.  Był instruktorem narciarskim i przewodnikiem górskim, a także znakarzem PTTK.  Miał posturę niedźwiedzia, niebywałe połączenie łagodności i męstwa, dar niezwykłej pracowitości, wielkie serce oraz niesamowite poczucie humoru.

*******

Połączyły nas: pasja do gór i ogromny, wzajemny szacunek do siebie. Męska przyjaźń ratowników i przewodników górskich, miłośników Babiej Góry – Królowej Beskidów. Więź, jaka rzadko się zdarza, a jaka łączyła mnie już chyba tylko z innym wspaniałym człowiekiem - Robertem Piórkowskim, kolejnym zawodowym ratownikiem GOPR na Markowych Szczawinach, późniejszym Szefem Wyszkolenia Grupy Beskidzkiej GOPR, który wiele lat temu zmarł na atak serca podczas szkolenia ratowników górskich w Szczyrku…

Więc, tak już w życiu jest, że wszystko kiedyś się kończy. Przyjaciele-ratownicy odchodzą na „wieczny dyżur” w różnych okolicznościach.  W dniu 28 stycznia 2011 roku ok. godz. 13:00 Edek zginął podczas wejścia aklimatyzacyjnego na Ilinizas Norte w Ekwadorze, spadając w przepaść.

*******
Babia Góra zasłoniła się mgłą rozpaczy…

*******

Ratownik Edek Hudziak - ten wybitny i niezwykły Człowiek Gór, był…
...po prostu, Kolegą moim był.


Piotr van der Coghen
 słowa te skreśliłem wieczorową porą
na kongresie pokojowym w Tel Avivie 
7 lutego 2011 r


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga