pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

STUDNIA

Czasem czujemy się samotni i opuszczeni na tym świecie tak bardzo, że nawet wyznawana gorąco przez całe życie wiara w istnienie i nakazy Najwyższego, nie jest w stanie nas tu zatrzymać…

Pewnego dnia na Centralnej Stacji Pogotowia Górskiego na Jurze zadzwonił telefon. Pewien mężczyzna w Gór Świętokrzyskich zgłosił problem, który polegał na zniknięciu z domu dziewięćdziesięcioletniej babci. Przyznał, że policja i straż pożarna szukają kobiety po terenie całej gminy od tygodnia,  ale bezskutecznie… Prosił o pomoc ratowników z psami.

Na początku już można było wykluczyć, że babcia nawiązując nowe, interesujące znajomości „poszła gdzieś w długą”, co młodszym przydarza się nader często. Siedem dni? Sprawa wyglądała poważnie. Podjąłem decyzję: jedziemy!  Z Podlesic wyruszył terenowy Land Rover ratownikami z wyszkolonymi psami na pokładzie.

Po przybyciu na miejsce ratownicy poprosili grzecznie rodzinę o jakieś rzeczy będące własnością zaginionej w celu nawęszenia ich przez psy, na co młoda, dynamiczna gospodyni przyniosła świeżo wyprane i wyprasowane halki babci… Chwilę to trwało zanim zrozumiała, że po nawęszeniu tychże, psy doprowadzą nas do najbliższej... hurtowni proszku do prania i dopiero wówczas dała nam, bardzo zażenowana, stare, znoszone łapcie babci.  Wskazaliśmy je psom. Były zachwycone!

Węsząc z ogromnym zapałem poszły do maleńkiego pokoiku na tyłach domu, zajmowanego do tej pory przez poszukiwaną seniorkę, a potem tylnymi drzwiami wyszły w na pół zdziczały sad. Tam obdarzyły szczególnym zainteresowaniem starą studnię o niskiej cembrowinie, zasłoniętą niechlujnie starymi, zbutwiałymi deskami. W tym miejscu zwierzaki dość zdecydowanie dały nam do zrozumienia, że ich misja tu się kończy…

Z prawdziwym niedowierzaniem rozsunęliśmy bardziej deski… Studnia była głęboka na jakieś 40 metrów. Świecąc latarkami z góry i tak nic nie było widać. Trudno, ale patrząc na reakcję psów, trzeba było to jednak sprawdzić. Założyliśmy stanowisko zjazdowe o słup i jeden z ratowników zjechał po linie na dno studni. Po chwili wszystko było jasne. Na dnie, zanurzona w wodzie leżała poszukiwana kobieta. Martwa.

Świadkowie byli wstrząśnięci. – „A my jej szukali wszędzie tylko nie tu!” -westchnął jeden ze strażaków. – „Ona straciła męża jakieś pół roku temu i od tego czasu nie mogła dojść do siebie” – dodała jakaś miejscowa kobieta załamując ręce.

Nadjechała policja wraz z prokuratorem. Trzeba było zjechać na dół, zapakować zwłoki w nosze używane do ratowania w jaskiniach i wyciągnąć je na linach w pozycji pionowej na powierzchnię.

Starowinka była drobna. Po rozpakowaniu z noszy pod jej czarną, rozpiętą bluzką ukazał się łańcuszek ze szczerozłotym krzyżykiem, który  trzymała w kułaku przyciśniętym do piersi…

Zamyśliłem się nad powodem tej strasznej decyzji. Jak bardzo musiało być jej źle na tym świecie, skoro nie chciała już dłużej na nim być? Jak bardzo źle, skoro nie powstrzymało ją to przed popełnieniem czynu uważanego przez każdego Chrześcijanina za niewybaczalny grzech śmiertelny… Samobójstwa!

Może to brak akceptacji lub lekceważenie przez młodych, w miejscu gdzie była kiedyś gaździną?  A może po prostu pustka i brak towarzysza życia, który już odszedł na Tamta Stronę , któremu się dziś nie mogła już zwierzyć czy wyżalić?
Czasem ludzie są jak dzikie kaczki. Gdy jedno umiera – ginie i drugie…

*****

Mówi się, że w ratownictwie bywa „raz śmieszno raz straszno”. Najciekawsza bowiem w tym smutnym zdarzeniu i dość niespotykana, była reakcja rodziny. Ta nie lamentowała zbyt nad zmarłą, ale skarżyła się nam z przejęciem zabarwionym trudno skrywaną złością:
- „Wie Pan co Naczelniku? My tu mieli słynną na cały powiat wodę!  Prawie woda oligoceńska, taka czysta i smaczna!  Z odległych miejscowości przyjeżdżali żeby napełnić butelki!  Ale od kilku dni ona sie cosik  zepsuła. Coś od niej „capiło”. My sie zastanawiali co to może być? Bo to i świeże pranie cuchnęło. Kawę żeby nie wiem jak słodzić, albo zupę dosmaczać, to był taki odór… Żeby my to wiedzieli! My tam mieli pompę głębinową w tej studni i wodę do gospodarstwa stamtąd my ciągli! A ona tam siedziała!”

*****

Trudno się dziwić, że gdy na odchodnym wdzięczna gospodyni chcąc ugościć ratowników zaproponowała nam kawę lub herbatę, wymówiliśmy się najbardziej idiotycznym argumentem jaki nam nagle przyszedł do głowy… że my herbatę pijamy tylko w McDonaldzie…

Piotr van der Coghen
Paryż, schody Sacre-Coeur, 20 sierpnia 2009 r


Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga