pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ZACZAROWANY SŁOŃ

Rzadko poszkodowani wracają aby podziękować ratownikom za ratunek, ale też my nie dla „dziękowań” ludzi ratujemy. Dlaczego jednak tracimy z uratowanymi kontakt na zawsze? Myślę, że oni po prostu chcą wyrzucić ze swej podświadomości przykre wspomnienia strachu i cierpienia czy upokorzenia po przegranej walce z górami, a z tymi złymi wspomnieniami wyrzucają z pamięci i nas ratowników…
I widocznie tak już musi być.

Ale kiedyś dostałem od wdzięcznej pacjentki zaczarowanego słonia… Naprawdę!

Było to wiele, wiele lat temu... ale od początku.

Dyżurowałem wówczas w maleńkiej dyżurce GOPR w schronisku górskim na samej granicy. W okolicy było kilka wyciągów narciarskich rozrzuconych na dość dużym obszarze. W razie wypadku, czas dobiegnięcia pieszo do ostatniego z wyciagów z ciężko zapakowanym toboganem ciągniętym po kopnym śniegu, trwał około godziny. I tak też najczęściej bywało, ponieważ stary rosyjski skuter śnieżny "Buran" będący na wyposażeniu dyżurki GOPR, działał raczej tylko "w porywach". To znaczy najczęściej nie działał…

Był już wieczór. Wiatr wył w szczelinach wypaczonych okien dyżurki. Wróciłem właśnie z patrolu narciarskiego i ściągnąwszy mokrą kurtkę ortalionową i sukienne spodnie, gotowałem wodę na obiad. To znaczy na zupkę „chińską” z chlebem i kawałkiem sera, bo na tyle z chudej pensji ratownika było mnie stać.

Jeszcze jednak mój imbryk na kuchence elektrycznej nie zaśpiewał kusząco, gdy pod drzwiami dyżurki rozległy się jakieś hałasy. Wyjrzałem na próg. Okazało się, że przyszło do mnie trzech białych od śniegu górali pracowników obsługi jednego z wyciągów. Byli już po „dniówce” czyli zamknięciu wyciągu, co widać było po ich maślanych oczach i rozchwianych ruchach. Z tego co bełkotali zrozumiałem, że idąc w zapadającym mroku od wyciągu słyszeli w skowycie wichru od strony jaru jakieś skomlenie. Jednemu żal było psa, który tam pewnie spadł, ale dwóch innych „suszyło straszliwie” więc złościli się, że kumpel ma omamy, i że to wiatr wyje w smrekach, a nie łkają jakieś dziwożony. A poza tym, do karczmy było już tak niedaleko…
Byłem zmęczony i chciałem się ich jak najszybciej pozbyć z dyżurki, ale jednak chwilę to trwało, bo mieli napoczętą kolejną flaszkę i koniecznie chcieli się "napić z panem ratownikiem". W  owych czasach w maleńkiej wiosce góralskiej ratownik GOPR był traktowany prawie jak doktor, ale ja, wygłodniały, czułem, że jeśli wypiję zawartość proponowanej mi "musztardówki" to natychmiast odpłynę w niebyt.  Więc broniłem się dość skutecznie. W końcu wyciągowcy dali mi spokój wytaczając się na dół, do knajpy.

Zalałem więc wrzątkiem swą rozgrzewającą zupkę, pokroiłem chleb i zacząłem jeść, gdy znów w drzwi ktoś nerwowo zapukał. Myśląc, że wrócili poprzedni goście, ze złością je z hukiem otworzyłem, ale na progu stał jakiś  narciarz w starszym wieku, który przedstawiając się jako nauczyciel  zapytał czy nie mieliśmy w tym dniu jakiejś „zwózki” 12 letniej dziewczynki, bo to wieczór już, a jemu jednej podopiecznej brakuje na jego narciarskiej kolonii…

I wówczas nagle przypomniałem sobie zdanie jednego z górali, który bełkotał, że „słychać było w tym jarze coś, prawie Panie tak jak płacz dziecka”! Poczułem jakby włączyły mi się pod ratowniczą czaszką jakieś dzwonki alarmowe! Nie pokazując emocji i nie chcąc straszyć przybyłego mymi podejrzeniami, powiedziałem staremu nauczycielowi, żeby wracał do dzieci, a ja sprawdzę co się mogło stać z jego uczennicą.

Poszedł, a ja wciągnąłem szybko na siebie lowowato mokre ciuchy i jeszcze bardziej od nich zimne i mokre buty, zabrałem apteczkę i latarkę  i wyszedłem na zewnątrz. 
Mrożący wiatr ogarnął mnie w jednej chwili przeszywając do szpiku ości. Mokre ubranie zesztywniało natychmiast zmieniając się w lodową blachę

***

Próbowałem odpalić mój dość awaryjny skuter śnieżny... A on o dziwo, zaskoczył na mrozie i to od razu! Więc dopiąłem do niego linką zawsze gotowy i „uzbrojony” w materac, koc, śpiwór i szyny Krammera  tobogan i chwilę później ruszyłem w mrok i zawieję śnieżną w orientacyjnym kierunku opisywanym przez górali.

Było już ciemno. Wiał silny wiatr niosąc tumany śniegu zaklejające moje i tak kiepskie gogle. Do tego, opadła jakaś francowata mgła powodująca wśród śnieżnej bieli kompletną dezorientację. Snop światła skuterowego reflektora rozpraszał mgłę i śnieżycę tylko na jakieś dwa metry więc musiałem jechać pilnując nikłych pozostałości śladów pozostawionych za dnia. Ułatwiała mi to wylodzona ścieżka idąca grzbietem górskim, na której wiatr nie odkładał niesionego śniegu.

Gdy podjechałem w rejon górnej stacji ledwo widocznego w ciemności wyciągu narciarskiego, nie byłem w stanie nic usłyszeć. Wściekłe wycie wiatru huśtającego ciężkimi orczykami, zagłuszało kompletnie wszystko. Zacząłem więc zjeżdżać powoli, pustą nartostradą, blisko brzegu stromego jaru, stanowiącego jej lewą krawędź. Łoskot silnika skutera nie ułatwiał mi zadania. Więc w pewnej chwili zatrzymałem go, wyłączyłem i zablokowałem. Potem, zapiąwszy przytroczone doń narty, rozpocząłem zjazd świecąc latarką.

Nagle wydawało mi się, że coś słyszę! Brzeg jaru był stromy więc odpiąłem narty i już bez nich opuściłem się, ślizgając po śniegu na jego dno… W słabym blasku latarki zobaczyłem, że w wodzie na wpół zamarzniętego potoku leży dziewczynka…

Wyglądało na to, że wypadła z trasy podczas ostatniego zjazdu i runęła do potoku płynącego jarem, uderzając głową w kamienie.  Z układu nart, których wiązania bezpiecznikowe „nie wypięły” i położenia stóp, wiedziałem, że ma połamane nogi, ale dopiero gdy ich dotknąłem, zorientowałem się, że złamania są tak liczne i poważne. Odpiąłem jej z trudnością te nieszczęsne narty i ślizgając się w butach narciarskich po obłych kamieniach, zanurzając ręce w lodowatej wodzie, wyciągnąłem ją z potoku i położyłem na skrawku wąskiego brzegu. Dziewczynka była kompletnie mokra i na wpół zamarznięta.  Opatuliłem ją moją ortalionową GOPRowską kurtką, gdyż nie znano wówczas folii NRC, i na chwilę przystanąłem, aby zaczerpnąć oddechu.

Musiałem się chwilę zastanowić i ocenić możliwości: Jest ciemna noc. Jestem sam. Bez jakiejkolwiek łączności w tym miejscu. Do najbliższej chałupy góralskiej jest jakieś pół godziny biegu stromizną przez zaspy, a i tak nie mam gwarancji, że znajdę tam kogoś kto będzie w takim stanie, aby mi pomóc. Więc, żeby uratować to gasnące życie muszę działać sam i to bardzo szybko: a więc biegiem pod górę na brzeg jaru! Potem biegiem nartostradą w górę do skutera! Odpalić skuter, zjechać nieco niżej. Zablokować. Odpiąć tobogan i zejść z nim do potoku. Wyjąć szyny Krammera. Apteczka plecakowa. Podać zastrzyk przeciwbólowy. Bandaże. Prędko! Unieruchomić złamania...

Teraz zapakować to półprzytomne, dygocące spazmatycznie dziecko do śpiwora. Zasznurować mocno do tobogana, żeby nie wypadło. Jeszcze dowiązać jej narty i kije! Teraz jakimś stromym, ale możliwym do pokonania, zalesionym trawersem biegiem do góry! Szarpiąc i ciągnąc zaciekle zapadające się w głęboki śnieg sanie, nie czułem nawet, że sam jestem kompletnie  mokry. Wytężając wszystkie siły miałem chwilami wrażenie, że mi krzyż pęknie. Modliłem się i kląłem na przemian, będąc jednak wdzięczny Bogu, że ciągnę w górę tobogan obciążony tylko kilkunastoletnim dzieckiem, a nie np. stukilogramowym facetem...

W końcu osiągnąłem brzeg jaru. Nartostrada. Biegiem do skutera! Byle zapalił! Po kilku minutach "negocjacji" z tą starą maszyną, połączonych z zaciekłym szarpaniem linki startera – jest! Silnik ryknął! Teraz jazda w przyklęku na siedzisku skutera w sposób umożliwiający błyskawiczną zmianę balansu! Wylodzoną trasą narciarską do góry, bo to jedyna droga na grzbiet, która może nas doprowadzić do schroniska! Skuter obciążony toboganem tańczy na lodzie i zsuwa się co chwilę bokiem, trzeba jechać niemal zygzakiem „łapiąc” przyczepność gąsienicy na płatach śniegu… To szalona jazda we mgle i ciemności, instynktowna bo ciągle niemal nic nie widać!

Na grzbiecie góry uderza w nas lodowaty wiatr! Jego siła jest tak duża, że w miejscach zalodzonych zwiewa on wyjątkowo lekki w tej sytuacji tobogan tak bardzo, że ślizga się niemal bokiem. Śnieg zakleja gogle, które i tak straszliwie parują od wysiłku…

Ale okazuje się, ze najgorsze jest jeszcze przed nami…

***

Otóż, poprzedniego dnia świeciło słońce i było "na plusie". Tłumy turystów pieszych wędrując szlakami międliło nogami rozmiękły śnieg. Jednak wieczorem temperatura gwałtownie spadła, pogoda się popsuła i wszystko zamarzło. Teraz zlodowaciała pokrywa śnieżna miała strukturę blaszanej pralnicy. Gdy na nią wjechałem toboganem, zaczęło nim trzepać tak, jakby ktoś młotkami walił od spodu w jego płozy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby wiedzieć co się wówczas działo z połamanymi kośćmi nóg transportowanego na nim dziecka!

Mimo świstu i łoskotu wiatru słyszałem jego krzyk. Dziewczynka krzyczała tak jak tylko może krzyczeć człowiek, któremu np. na brzuch ktoś leje wrzący olej! Pomimo podanego wcześniej środka przeciwbólowego, krzyczała. To było okropne wycie człowieka torturowanego! Pomimo, że w lodowatym wichrze będąc kompletnie mokry, zamarzałem teraz na skuterze, starałem się jechać jak najwolniej, żeby sprawić jej najmniej bólu… Jednakże twarde telepanie się sań na lodzie i straszliwy krzyk nie ustawał! Byłem bezradny w walce z tym bólem, który jej siłą rzeczy sprawiałem, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że wlokąc się na tym mrozie i wietrze pomału zamarzamy oboje...

Musiałem podjąć trudną decyzję i... aby jej męka nie trwała tak długo, z determinacją dodałem gazu ruszając skuterem ostro do przodu. Ryk silnika i wiatr zagłuszył krzyki, które w końcu ustały. Był tego powód… Gdy ślizgając się skuterem po lodzie oraz naprzemiennie przebijając się przez głębokie, soczewkowate zaspy dotarłem wreszcie do schroniska – zorientowałem się, że dziewczynka zemdlała z bólu…

Więc cucenie, rozgrzewanie!  Potem jeszcze wezwanie karetki pogotowia ratunkowego przez radiostację Służby Zdrowia (ówczesny hit techniczny rodzimej firmy "Radmor") - z miejscowości oddalonej o 50 km i ... nieznośne oczekiwanie.  W końcu po półtorej godzinie załoga karetki "R" (marki "Nysa") zgłasza przez radiostację, że przebijając się przez zaśnieżone drogi dotarła w końcu do stacji kolejowej PKP w dolinie. Teraz trzeba poszkodowaną zapakować do toboganu i zwieść tam, przekazać lekarzowi i będzie można już wrócić na dyżurkę GOPR...

Wrócić. Zdjąć zamarznięte na blachę buty, spodnie, sweter i bluzę, a potem skończyć zaczętą przed kilku godzinami, zimną już zupę… Zupę, po której się nie pochorowałem tylko dlatego, że jakaś litościwa dusza poczęstowała mnie w schronisku mocnym grogiem czyli po prostu gorącą herbatą „po góralsku”. Przyznam, że herbatą mającą w swym składzie minimalną ilość herbaty…

A potem mogłem spełnić największe marzenie tego dnia: wbić się pod ciepłe, wojskowe koce i zasnąć kamiennym snem...

*****

Minęły miesiące. Zima dobiegała końca. Słońce grzało coraz cieplej. Śnieg topniał i coraz częściej pokazywała się spod niego trawa i przebiśniegi.

Pewnego dnia kierownik schroniska powiadomił mnie, że przyszła do mnie paczka. Nigdy nie dostałem paczki więc myślałem, że to pomyłka, albo żart. Ale nie! zaadresowane było: Pan Ratownik WANDERKOGEN. Schronisko. Dyżurka GOPR.

A w paczuszce był słoń!

Słoń był maleńki jak paznokieć kciuka, mosiężny, a wraz z nim karteczka: „Dziękuję Panu za wszystko! Za ratunek! Za życie! Ten słoń przyniesie Panu dużo szczęścia, bo jest zaczarowany”.

Włożyłem go więc do kieszeni i zawsze z nim wszędzie chodziłem…

*****

Po kilku latach zostałem Naczelnikiem JOPR a póżniej Grupy Jurajskiej GOPR i członkiem Zarządu Głownego GOPR w Zakopanem.

Po dalszych kilkunastu latach - ludzie wybrali mnie Posłem na Sejm RP i  wskutek tego dokonałem rzeczy arcyważnej: otóż stałem się Autorem tak potrzebnej społeczeństwu ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, która obowiązuje w polskim prawie po dziś dzień...

I jak tu nie wierzyć, że to jest zaczarowany słoń?

* * 

Minęły lata. Nadszedł wówczas dzień gdy zobaczyłem w trudnej sytuacji pewną mądrą kobietę-lekarza o intrygującej urodzie i sercu wojownika.  
Ta kobieta była wówczas niezwykle zdeterminowana. Walczyła z przekonaniem o sprawy słuszne i niezwykle ważne zderzając się z ludzką zawiścią, niechęcią i brakiem wyobraźni. Wówczas spontanicznie, nie wiem dlaczego, ale podszedłem do niej i wyciągając z kieszeni włożyłem w jej rękę mojego słonia, życząc aby i jej przyniósł szczęście...  
Ta kobieta swą walkę wygrała. Powiem więcej – rok później osiągnęła jeden z najwyższych i najtrudniejszych szczytów, który jest marzeniem wielu, ale tylko nielicznym przypada w udziale...

* * 

Gdy spotkaliśmy się po roku ponownie, powiedziała: „Ten słoń naprawdę jest zaczarowany! Przepraszam, ale pożyczyłam go pewnemu chłopcu, który czekał od lat na przeszczep serca i wie Pan co? Następnego dnia dostał wiadomość o tym, że znaleziono dla niego serce!”

Piotr van der Coghen
słowa te skreśliłem w 2008 r
 w Warszawie 


Komentarze:


 

 

Captcha  

2015-08-28 18:18:20, Paweł

super

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga