pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

SZCZĘŚLIWA OLIMPIADA...

Czy można ocalić komuś życie dzięki programowi telewizyjnemu? Z mojego doświadczenia wynika, że paradoksalnie - można! Takie zdarzenie miało bowiem miejsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Zapraszam więc na opowiadanie "SZCZĘŚLIWA OPIMPIADA"

 W Kanadzie trwały wówczas zmagania Olimpiady Zimowej w Calgary, transmitowane bezpośrednio przez polską telewizję, ze względów technicznych, wyłącznie w nocy.

Dobiegał końca zimowy wieczór. Nie było wówczas tak powszechnego dziś oświetlenia tras zjazdowych, więc  ruch narciarski zamierał zawsze o zmierzchu.  I wtedy właśnie do rejonowej stacji GOPR w jednym z beskidzkich kurortów zgłosiła się trzydziestokilkuletnia kobieta, twierdząc nerwowo, że jej mąż zaginął. Okazywana histeria i egzaltacja kobiety nie wzbudziła w dyżurnym ratowniku zbyt dużego zaufania, ale oczywiście przyjął od niej zgłoszenie zaginięcia.

Od początku brzmiało ono niezbyt wiarygodnie.  Wynikało z niego, że  mężczyzna miał  czterdzieści lat. Był zdrowy i silny. Nie zażywał żadnych leków. Jeździł świetnie na nartach. Znał doskonale trasę, z której korzystał już wielokrotnie. Z wywiadu wynikało też, że lubił zawieranie przypadkowych, nowych znajomości  oraz imprezy  i alkohol. Zdarzało się też wcześniej wielokrotnie, że nie wracał na noc do domu z powodu udziału w jakiejś balandze, której wcześniej nie planował.

Wskutek tego wywiadu – dyżurny uznał, że zaginięcie narciarza miało charakter typowo towarzyski i że znajdzie się on sam jeszcze tego wieczoru lub nocy. Pomimo tego, dla dopełnienia formalności rozpytał przez radiostację o poszukiwanego ratowników na wyciągach  oraz wykonał kontrolne telefony: na policję i pogotowie ratunkowe pytając czy nie mieli delikwenta o tym nazwisku. Odpowiedzi były negatywne.

Ponadto okoliczności jego zaginięcia były też wątpliwe. Zaginiony narciarz jeździł bowiem na nartach w towarzystwie swej kilkunastoletniej córki.  Co prawda trasa była trudna i siedziała nad nią mgła, do tego stopnia, że jak mawiają górale „nic nie widząc, wróble chodziły na piechotę”. Ponadto umiejętności narciarzy były różne, więc wspólne zjazdy odbywały się w ten sposób, że wyjeżdżali orczykiem razem, a potem on śmigał szybko w dół i czekał na wolniej zjeżdżającą córkę na dolnej stacji wyciągu.
Po kilkunastu takich zjazdach – słabiej jadąca dziewczynka zjechawszy trasą nie zastała ojca na dole.  Sądząc, że ojciec zmarzł i zniecierpliwiony pojechał już wyciągiem, również wyjechała na górę. Nie zastając tam taty, zjechała jeszcze raz, tą samą trasą, nie spotykając go jednak nigdzie.
Wówczas o tej niejasnej sytuacji powiadomiła matkę siedzącą przy dolnej stacji wyciągu w góralskim barze na kawie…
Ta  nie zastanawiając się wiele, natychmiast zawiadomiła GOPR upierając się zawzięcie, że intuicja mówi jej, że z mężem coś złego się stało.

Zapadał zmrok. Ratownicy zjeżdżali z dyżurów do Rejonowej Stacji Ratunkowej zdając klucze od dyżurek i zostawiając swoje narty.  Oni wszyscy jak każdego dnia  po dyżurze, wybierali się do swych domów na kolację i całonocne oglądanie pasjonującej wszystkich  transmisji z Zimowej Olimpiady.

Nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało się stać z narciarzem, którego zaginięcie zgłoszono. Niemniej sprawa ta pozostawała nierozwiązana. Wtem, najbardziej doświadczony w kierowaniu akcjami poszukiwawczymi ratownik,  powiedział:  – Chłopaki! Ten gość, przypuszczalnie, jak już wielu innych, do tej pory, świetnie się teraz bawi z jakimś świeżo poznanym towarzystwem w jednej z knajp i rwie panienki jak świeże wiśnie, ale jak po godz. 22 zadzwoni nasz Naczelnik i dowie się, że jest zgłoszenie zaginięcia, to nie będzie zważał na nic, ściągnie nas z domów i każe nam go, tak i tak, szukać całą noc.  Jak znam życie, będziemy deptać po górach w ciemności, godzinami, bez sensu, tracąc transmisję z Olimpiady, a on się znajdzie rano w jakimś pensjonacie na jakiejś babie. Wiecie co? Jedźmy teraz na ten wyciąg. Pewnie go tam nie ma, ale dla formalności spatrolujmy dokładnie tę nartostradę, żebyśmy mieli absolutną pewność. I po krzyku. Wówczas wyprawa o północy nie będzie miała żadnego uzasadnienia!

Po kilkunastu minutach z Rejonowej Stacji Ratunkowej wyjechał samochód terenowy UAZ-blaszanka radzieckiej produkcji wypełniony ratownikami. Gdy dojechali na pusty, stojący już o tej porze wyciąg, obsługa kończyła dopiero ostatnią flaszkę, więc nie było problemu żeby powtórnie uruchomiono silnik i wyciągnęto na górę orczykami członków wyprawy poszukiwawczej GOPR. 

Mgła była tak gęsta, że światło każdej pochodni rozpraszało mrok na maksymalnie dwa metry wokół. Dodatkowo zaczął sypać gęsty śnieg.
Ratownicy rozpoczęli zjazd tyralierą, przeczesując nartostradę metr po metrze. Zjechali raz i dla pewności wyjechali wyciągiem jeszcze raz na górę.

Podczas drugiego zjazdu, starego Kubę zjeżdżającego brzegiem trasy, zastanowił ślad nart urywający się raptownie na szczycie garbu śnieżnego. W siodle pod muldą nie było śladu po kontynuacji zjazdu. Wyglądało na to jakby narciarz „uleciał do nieba”, albo… wyrzuciło go na garbie z trasy! Zaciekawiony ratownik jakby kontynuując hipotetyczny kierunek lotu narciarza, zjechał z ubitego stoku w las i… po kilkunastu metrach… zobaczył nartę wystającą z kopnego śniegu. Pod drzewem, w zaspie leżał nieprzytomny poszukiwany narciarz, ze złamaną podstawą czaszki. Wyglądało to tak, jakby ów człowiek, zjeżdżając bardzo szybko,  nie opanował nart i wypadając z trasy wpadł w las i uderzył głową w drzewo.

Ratownik skrzyknął kolegów. W ciemności, gęstej mgle i głębokim śniegu rozpoczęła się walka o życie umierającego. Z dołu podjechał skuter śnieżny z akią i lekarzem-ratownikiem. Zanim zwieziono narciarza do karetki „R”, oczekującej na parkingu, trzykrotnie wznawiano reanimację, zatrzymując się na stromym stoku.

***

Choć to wydaje się nieprawdopodobne, zawieziony do szpitala poszkodowany przeżył... a w następnym sezonie wrócił na stok, aby jeździć i … zawierać nowe znajomości z uroczymi narciarkami, ku zrozumiałej wściekłości żony.

Myślę, że gdyby standardowo, zgodnie z dotychczasowym zwyczajem i procedurami,  rozpoczęto poszukiwania dopiero około północy… odnaleziono by na miejscu wypadku już tylko jego ciało zamarznięte na bryłę lodu ...

I jak tu nie wierzyć, że życie uratowała mu Zimowa Olimpiada, a raczej jej nocna, bezpośrednia transmisja w TVP?... 

 

Piotr van der Coghen
 Alpy, Super Devolu,  20 marca 2010 r 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga