pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ZAPRZĘG

Wśród opowieści o nietypowych zdarzeniach warto jeszcze wspomnieć pewną zimową akcję poszukiwawczą GOPR w niezwykle śnieżną i mroźną, lutową noc. Podczas której jakby pod ziemię zapadły się: sanie, dwa konie i duży, zdrowy chłop...

Ok. godz.20:00 do Centralnej Stacji Ratunkowej Grupy Jurajskiej GOPR zgłosiła się kobieta twierdząc, że jej mąż pojechał na obsługę kuligu i z niej nie wrócił.

Kulig zakończył się pod hotelem ok. godz. 16:00. Trwał trzaskający mróz – 25/30 st.C a ostry wiatr miótł śniegiem tworząc „zakurki”. Jednak przeprowadzony z rodziną zaginionego wywiad, nie był przekonujący: wiek zaginionego 50 lat, człowiek zdrowy, silny, a przede wszystkim „miejscowy”, świetnie znający teren. Pojechał saniami zaprzęgniętymi w dwa dobre konie. Mimo pełni zimy i siarczystego mrozu, wszystkie drogi publiczne odśnieżone. Co się więc mogło stać?

Pytano rodzinę czy zaginiony po kuligu nie pojechał czasem do kogoś z rodziny ewentualnie czy nie „goli gorzały”  u jakiegoś kumpla. Odpowiedziano nam, że to niemożliwe, bo to odpowiedzialny wozak i przy takim mrozie najpierw odprowadził by konie do ciepłej stajni, bo byłoby mu ich żal…

Trudno jednak było w to uwierzyć, bo z drugiej strony, żeby w XXI wieku, w samym środku nowoczesnej Europy „wessało” chłopa i sanie z dwójką koni – to było zbyt nieprawdopodobne…

Na wszelki wypadek ratownicy wyjechali skuterami śnieżnymi i quadami na poszukiwania. Było to trudne ze względu na fakt, że  trwające ferie były czasem masowego wręcz organizowania kuligów, które na śniegu pozostawiały identyczne ślady rozjeżdżające się na wszystkie strony.  Lodowaty wiatr i mróz trwający podczas tych wielogodzinnych poszukiwań powodował, że ratownicy kostnieli na pojazdach i co pewien czas trzeba było robić przerwy żeby się ogrzać.  

Po ośmiu godzinach zdawałoby się beznadziejnych poszukiwań nocnych prowadzonych niemal po omacku we mgle i zadymce: JEST!  Został znaleziony!

Spytacie Państwo cóż się więc stało?

Otóż mężczyzna rozgrzany widać kuligiem, mrozem, grzanym winem lub zalotnymi spojrzeniami gorących turystek (albo wszystkim na raz), postanowił po kuligu nie wracać nudną, odśnieżoną drogą, którą jadąc sanną byłby po 20 minutach w domu.
Ułańska fantazja kazała mu skierować konie w las na skróty, na zawaloną śniegiem drogę używaną tylko latem. Zaspy? Nic to! Jest silny, wychowany w lesie, ma dwa świetne konie i dobre sanie! A więc naprzód! 

Problem w tym, że w zasypanym śniegiem dukcie leśnym, natrafił prócz zasp na wiatrołomy i śniegołomy. Konie poganiane batem przebiły się przez kolejne zaspy a w końcu… utknęły w zawalisku drzew tak skutecznie, że nie mogły już iść dalej. Cofnąć się też nie mogły. W szarpaninie trzasnął dyszel sań i poplątały się szory tak do tego stopnia, że konie zostały praktycznie uwięzione.

Woźnica próbował wyszarpnąć sanie z plątaniny oblodzonych pni i gałęzi, ale w końcu wyczerpany walką, usiadł na saniach. Przypuszczalnie szumiący w żyłach alkohol spowodował uczucie gorąca, senność i apatię… Nie czuł, że zgubił rękawice, a nogawki spodni wyszły mu z butów. Zaczął zasypiać na sążnistym mrozie… snem wiecznym.

Gdy ratownicy go w końcu odnaleźli, życie z niego powoli wyciekało.  Palce jego rąk były twarde jak z porcelany.  Podobnie było z jego nogami.  Już nie reagował też na obecność ludzi... 

Rozpoczął się wyścig o życie tego człowieka. Pod bandażami, którymi próbowano opatrzyć odmrożenia schodziła skóra. Opatulono go śpiworem i folią NRC.  Transport na saniach ratowniczych ciągniętych za skuterem śnieżnym do oczekującej karetki pogotowia ratunkowego przez zasypany śniegiem las trwał niedługo. Lekarze w szpitalu w Zawierciu uratowali mu ręce i stopy.
Stracił jednak wszystkie palce, które trzeba było amputować, nad czym bolał, bo do tej pory dorabiając, grywał przy ogniskach na akordeonie…

Po kilku miesiącach spotkał się z nami i powiedział: - Wiecie? Zawsze się śmiałem z kumplami przy piwie, po co nam Pogotowie Górskie na Jurze i ratownicy GOPR? A ja przecież dzięki Wam żyję...


Piotr van der Coghen
 Podlesice, 24 grudnia 2009 r 

Komentarze:


 

 

Captcha  

Wróć do bloga