pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

W PRZERĘBLI

Od pierwszego wypadku, w którym dane mi było uratować czyjeś życie, wiele lat minęło i wielu pacjentów zesłał mi los, ale jedno z najbardziej niezwykłych zdarzeń jakie przeżyłem, znów było związane poniekąd z wodą...

 Dziś zapraszam Was na opowiadanie „W PRZERĘBLI”

 

Był mroźny, styczniowy dzień. Centralna Stacja Ratunkowa Grupy Jurajskiej GOPR w Podlesicach została powiadomiona, że na zamarzniętym zalewie w Przyłubsku człowiek wpadł do przerębli.

 Jako ratownicy dyżurni, razem z moim kolegą Robertem Zamojskim (zwanym przez przyjaciół „Rudim”), wskoczyliśmy do ratowniczego Land Rovera i wyjąc sygnałami ruszyliśmy na pomoc. Pokryta lodem i śniegiem szosa nie dawała nam szans na szybka jazdę, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że szanse człowieka w przerębli maleją z chwili na chwilę… 

Po przybyciu na miejsce zdarzenia, zastaliśmy na brzegu tłumek ludzi i strażaków, próbujących z drugiego brzegu spuścić na lód ponton. Z kolei na zamarzniętym, pokrytym śniegiem zalewie, zobaczyliśmy ślady stóp, które urywały się na pasie ciemnego lodu gdzie czerniała przerębel, a w niej głowa człowieka. 

 Pękający lód trzeszczał ostrzegawczo gdy czołgaliśmy się ciągnąc nosze na krawędź przerębli. Poszkodowanym, potrzebującym ratunku był wędkarz-staruszek mający ponad 70 lat. Widzieliśmy, że ubrany jest w nasiąkniętą teraz wodą „kufajkę” czyli pikowaną kurtkę robotników budowlanych i rękawice. Zesztywniały od zimna leżał brzuchem na lodowej krze trzymając się jej kurczowo. Właściwie z wody wystawała tylko jego głowa i ramiona. Reszta ciała zanurzona była w na wpół zamarzniętej cieczy przypominającą wodę ryżową.

 Trzeba było się śpieszyć. Mieliśmy ze sobą amerykańskie, tytanowe, siatkowe nosze wyposażone w pływający kołnierz. Naszą jedyną szansą było: wydobyć staruszka z kry ściągając go do wnętrza tych noszy. Gdyby nam przypadkiem wypadł ze zmarzniętych rąk i wjechał pod lód … byłby to koniec. Nie zdołalibyśmy go wyciągnąć z lodowatej głębiny nawet cudem. Jednocześnie trzaskający pod naszym ciężarem lód też nam uprzytomniał, że za chwilę to my sami możemy znaleźć się w podobnej sytuacji. Determinacja, instynktowny strach, chęć pomocy ginącemu człowiekowi spiętrzyły nasze emocje do maksymalnych rozmiarów. Byliśmy tuż tuż. Widziałem już jego ściągniętą mrozem i stresem twarz i przerażone, proszące o pomoc oczy.

Wciąż miałem na myśli, że mam tylko jedną, jedyną  szansę wyrwania go z tej pułapki. Chwyciłem go więc pod ramię i szarpnąłem potężnie, ze wszystek sił, próbując ściągnąć go na pływające nosze.

 Nagle trach! I jego ramię zostało mi w ręku!

Jezu! Pomyślałem irracjonalnie – urwałem człowiekowi rękę!!! 
Pękający lód nie dawał jednak czasu na jakikolwiek zastanowienie – ciągnąc nosze z uratowanym po zamarzniętym stawie, oddalaliśmy się szybko z miejsca zagrożenia charcząc w biegu z wysiłku.

 Dopiero gdy znaleźliśmy się w bezpiecznym miejscu obejrzałem dokładnej jego urwaną rękę. 

O Boże! TO BYŁA PROTEZA!!!   
Człowiek ten był inwalidą i protezę ręki miał przypiętą pasami do tułowia, a na nią ubraną kurtkę i rękawicę.  Szarpiąc go wściekle i ze wszystkich sił, za ramię, ciężkiego od wody  – urwaliśmy mocujące protezę ręki rzemienie!

Uff! Jaka ulga! Nagle straciłem wszystkie siły.

 Mokry z wysiłku, łapiąc z trudnością oddech na mrozie, usiadłem na śniegu i patrzyłem apatycznie jak nadbiegający ludzie odbierają od nas i pakują poszkodowanego do oczekującej na brzegu karetki pogotowia ratunkowego, razem z tą dyndającą bezwładnie ręką…

  

Piotr van der Coghen
 Jerozolima, 8 luty 2011 r 

 

 

Komentarze:


 

 

Captcha  

2014-08-08 14:25:47, Bhanu

Tez chciałabym być taka odważna, ale ja niestety boję się wielu rzeczy. Jestem raczej tchórzliwa. Dlatego łapeczka Misiu. Jesteś super!

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga