pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Przeżyć katastrofę

Z katastrofami problem jest taki, że nigdy nie wiemy kiedy nadejdą - a nadchodzą zwykle w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Niestety im większe zaskoczenie, tym większa jest niszcząca siła rażenia katastrofy.

Ma tu zastosowanie prosta, odwieczna zasada: jakby ktoś wiedział, że się wywróci, to by na pewno usiadł.

Podczas katastrofy nic nie funkcjonuje normalnie. Wszystkie urządzenia do jakich jesteśmy przyzwyczajeni przestają działać.
W cywilizowanym świecie jesteśmy bowiem przyzwyczajeni do: bieżącej wody, elektryczności, telefonów, wind, klimatyzacji, całodobowych, dobrze zaopatrzonych sklepów itd. itd. a to wszystko nagle znika.

Ponadto wszelkie instytucje  funkcjonujące na co dzień, a zapewniające nam normalny komfort bezpieczeństwa  (jak policja, ochrona czy pogotowie ratunkowe) - są na czas krótszy lub dłuższy, sparaliżowane.

Podczas katastrofy, budzą się upiory.
Dla przykładu, w 2005 roku podczas huraganu Katrina, który uderzył w Stany Zjednoczone z siłą huraganu piątej, najwyższej kategorii w Skali Saffira Simpsona i zalał 80% miasta Nowy Orlean, zapanował chaos. Poniosło śmierć lub zaginęło 2251 mężczyzn kobiet i dzieci. Niestety nie tylko na skutek wichury czy powodzi.  Zaczęły bowiem w mieście grasować zorganizowane bandy, które korzystając ze sparaliżowania łączności i służb porządkowych rabowały domy i sklepy, napadały, biły i mordowały ludzi i gwałciły dziewczęta. Zapanowało prawo pięści i chaos.

 

 

 

 

W Polsce, póki co, cyklony są rzadkością, ale to nie znaczy, że żyjemy w kraju wiecznej szczęśliwości, w którym nic złego (w sensie katastrofy) nigdy się nam nie przydarzy.

Przykładem może być chociażby katastrofa budowlana Hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie, która miała miejsce 28 stycznia 2006 roku około godziny 17:15. Podpory dachu obciążonego ponad miarę nieusuwanym śniegiem nie wytrzymały i runął on na głowy setek ludzi zwiedzających Międzynarodową Wystawę Gołębi.
Przypuszczalnie zarówno gospodarze obiektu i konstruktorzy hali nie zdawali sobie sprawy z tego, że 1 m sześcienny zleżałego lub zlodowaciałego śniegu może ważyć od 300 do 900 kg (w zależności od stopnia metamorfozy).   Potężne, stalowe słupy, kratownice i klimatyzatory wielkości ciężarówek przewracały się i spadały na głowy ludzi miażdżąc ich swoim ciężarem. Dróg ucieczki było mało, ponieważ drogi ewakuacyjne były… zamknięte!
W chwili katastrofy w ogrzewanej hali było bardzo ciepło i tej sytuacji cienko ubrani ludzie znaleźli się nagle na 15 stopniowym mrozie i przygnieceni konstrukcją leżeli na betonie w śniegu i wodzie. Oprócz ran i złamań, zaczął im zagrażać straszny, cichy zabójca – mróz.

Dlaczego zimno jest takie groźne? Bo my, ludzie jesteśmy stałocieplni. Tak zostaliśmy przez Stwórcę zaprojektowani, że najlepiej się czujemy gdy mamy temperaturę +36,6 st C. Każde, nawet niewielkie odchylenie od tej normy powoduje groźne zaburzenia organizmu. Wzrost temperatury ciała powyżej + 42 stopni C. powoduje śmierć, ale również spadek temperatury poniżej +27 stopni C. powoduje powolny zanik funkcji życiowych i w konsekwencji życie wycieka z człowieka jak woda z wanny…

Podczas katastrofy Hali MTK znajdowało się w niej ogółem ok. 700 osób zwiedzających i wystawców. Zginęło 65 ludzi a ponad 170 zostało rannych. I znów przykład, że wszystkim rządzi przypadek: ok. południa w tym miejscu znajdowało się trzy/cztery razy tyle ludzi! Zbieg okoliczności spowodował, że nie zginęły setki osób, gdyż większość zwiedzających udała się do domów ponieważ po południu telewizja transmitowała mistrzostwa w skokach narciarskich, w których startował Adam Małysz…

A wydawało by się, że cóż może być bardziej bezpiecznego niż udanie się po rodzinnym obiedzie z dzieckiem lub wnukiem na wystawę gołębi i królików, w centrum wielkiej aglomeracji nowoczesnego, europejskiego państwa...

 

 

 

Miejsce gdzie czujemy się najbezpieczniej są lotniska pasażerskie. Otoczone szczelnym pierścieniem ochrony i monitoringu. Dysponujące szybkimi grupami antyterrorystycznymi i zespołami medycznymi i strażackimi, gotowymi reagować w razie potrzeby natychmiast, są jakby oazami spokoju.
Ale trzeba pamietać, że statki powietrzne nie zawsze lądują bezpiecznie i wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych.

Upadek wielotonowej maszyny z szybkością opadania zbliżoną do 200 km/godz nie daje żadnych szans na przeżycie. Z pięknej konstrukcji stalowego ptaka pozostaje miazga złomu. Dodatkowo nie zawsze pilot zdąży zrzucić benzynę lotniczą z baków… wówczas kraksująca maszyna zmienia się w słup ognia tworzący temperaturę, której nie może przeżyć żadna żywa istota.

Ale nie wszystkie kraksy samolotowe i śmigłowcowe są tak radykalne w skutkach jak katastrofa samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem, polskiego samolotu wojskowego Casa pod Mirosławcem, śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego pod Jarostowem,  albo śmigłowca TOPR w Dolinie Olczyskiej, w których nikt nie przeżył.

Bywa, że los obchodzi się z pasażerami łagodniej. Wystarczy wspomnieć mającą miejsce 4 grudnia 2003 roku pod Piasecznem, katastrofę śmigłowca rządowego MI-2,  wiozącego premiera Leszka Millera, który spadł na drzewa na skutek oblodzenia silników. Na pokładzie było 15 osób: czterech członków złogi i 11 pasażerów. Nikt nie zginął.

Bywają takie przypadki jak przymusowe wodowanie odrzutowca pasażerskiego US Airways na rzece Hudson dnia 15 stycznia 2009 roku. Samolot doznał awarii silników na skutek zderzenia ze stadem dzikich gęsi. Pilot posadził go na wolnej od lodu rzece. Nikt ze 150 pasażerów ani 5 członków załogi nie odniósł obrażeń, a slużby ratunkowe zadziałały błyskawicznie sprawnie ewakuując rozbitków na brzeg.

Ale te awaryjne lądowania zdarzyły się na terenie wielkich aglomeracji miejskich lub w bezpośredniej ich bliskości. Zatem profesjonalna pomoc przyszła błyskawicznie.
Poważny problem pojawia się gdy katastrofa bez pełnych skutków śmiertelnych  następuje na terenach odludnych,  gdzie na pomoc nie ma co liczyć.
Przykładem może być katastrofa samolotu Fairchild FH-227 należącego do Urugwajskich Sił Powietrznych, który rozbił się 13 października 1972 roku w Andach. Wiózł on 45 osobową drużynę rugbystów wraz z rodzinami. Samolot we mgle uderzył w zbocze góry tracąc jedno a następnie drugie skrzydło. Kadłub samolotu spadł ześlizgiem na zbocze. 12 osób nie przeżyło katastrofy. Resztę czekało 72 dni w bardzo ciężkich warunkach na wysokości 3600 mnpm w niskiej temperaturze bez ciepłej odzieży, żywności i wody. Na skutek ran odniesionych w katastrofie i braku pomocy, zmarło w następnych dniach kilka kolejnych osób. Rozbitkowe nie mieli co jeść ani pić. W końcu aby przetrwać zaczęli jeść ciała zmarłych towarzyszy.
Jakby tego nieszczęścia było mało na kadłub samolotu spadła lawina śnieżna, która zabiła kilka następnych osób i uwięziła na wiele dni pozostałych.

Tymczasem po 8 dniach poszukiwań "zaginionego samolotu" władze zdecydowały o zaniechaniu akcji, a rozbitkowie dowiedzieli się o tym z ocalonego radia.
Gdyby trzech z nich nie zdecydowało się na ryzykowną wspinaczkę przez góry aby dotrzeć do osad ludzkich i po dwóch miesiącach wezwać pomoc, nikt mimo starań i nieludzkich cierpień tej katastrofy by nie przeżył.
A warto zaznaczyć, że nie byli to alpiniści ani survivalowy, odpowiednio wyposażeni, wyszkoleni i przygotowani na ryzyko oraz przygodę z surową, wysokogórską naturą…

To byli zwykli ludzie, którzy z rodzinami, w komfortowych warunkach, lecieli na mecz do stolicy kraju, do Santiago de Chile, w której mieli sie znaleść po kilku godzinach wygodnego lotu…

 

 

Ciąg dalszy nastąpi ...