pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

MOJE ŻYCIE

WSTĘP

Wojenna pożoga pozbawiła naszą rodzinę wszystkiego. Majątek pradziadków na Polskich Kresach, na terenach dzisiejszej Ukrainy - przestał istnieć. Mieszkania dziadków z obu stron w Poznaniu i w Krakowie, zajęli najpierw faszyści a potem sowieci, skutkiem czego nie było do czego wracać. Okupacyjna działalność rodziców w AK powodowała wzmożone zainteresowanie rodziną u funkcjonariuszy UB. W tej sytuacji rodzice wyprowadzili się na stałe w góry, do najdalszego skrawka Polski nad granicę Słowacką - do Krynicy.  Do drewnianego domu, użyczonego memu ojcu przez przyjaciela z obozu zagłady, z którego ów przyjaciel już nigdy nie wrócił…

DZIECIŃSTWO

Jestem rodowitym Góralem.  Urodziłem się bowiem  w górach o godzinie 3:00 w śnieżną, lutową noc 1953 roku gdy na świecie szalała zamieć.  W drewnianym domu posiadającym zgodnie z odwiecznym zwyczajem krynickim, swoją nazwę wyrzezaną u szczytu na desce: „Willa Biała Róża”. Domu trzeszczącym pod naporem silnego wiatru, posiadającym w swych zakamarkach zarówno cykające za kominem świerszcze,  jak i myszy piszczące w szczelinach desek podłogi…

 

Gdy ojciec wrócił do domu z pracy i zobaczył na stole dzieciaka przewijanego przez akuszerkę, zawołał z zawodem: „- Znowu dziewczynka?” Musiałem zgłosić zdecydowany sprzeciw i nad stołem wystrzeliła z siusiaka wysoka fontanna… Od tego czasu, cholera, ciągle muszę w życiu coś komuś udowadniać!

Moi rodzice nie mogli się odnaleźć w nowej, powojennej, socjalistycznej rzeczywistości. Ojciec próbował ocalić swą niezależność od nowych władz prowadząc w Krynicy prywatny lokal, ale niszczony przez ówczesny urząd skarbowy kolejnymi „domiarami” znów stracił wszystko. Czarę goryczy przelało wyrzucenie nas z domu przez „kwaterunek”, który pozostawił naszej rodzinie  do dyspozycji jedynie pokój z kuchnią bez bieżącej wody, za to ze wspólnym WC na półpiętrze.

Na domiar złego ktoś wpadł w tym czasie na nieszczęsny pomysł żeby mnie, małe dziecko, hartować ostro „aby wyrósł z niego odporny mężczyzna”. Codzienne, poranne mycie stojąc boso po kostki w górskim potoku tak lodowatym, że wydawało się, że zęby wypadną w czasie ich mycia, spowodowały w końcu ciężkie zapalenie stawów. Choroba leczona potężnymi zastrzykami Debecyliny, spowodowała z kolei poważną chorobę serca. Stan serca był taki, że lekarze zabronili mi kategorycznie jakiegokolwiek dynamicznego ruchu, do przebiegnięcia kilku kroków włącznie, co dla każdego dziecka jest oczywistym dramatem i powodem do ośmieszenia przed rówieśnikami.

Tymczasem, wobec coraz trudniejszych warunków bytowych, mama, która była trenerem przyjęła propozycję złożoną przez jeden z klubów sportowych i wyjechaliśmy z gór do centrum Polski. Ojciec miotał się w poszukiwaniu pracy, ale dla tego człowieka posługującego się biegle sześcioma językami, wówczas w tym kraju właściwej pracy nie było (a szczególnie dla przedwojennego ułana-podhorążego, uciekiniera z Katynia, żołnierza AK).  W końcu ostatecznie wyjechał do Stanów.

Mama próbując utrzymać dom, pracowała na trzech etatach (jako trener i dziennikarz sportowy) skutkiem tego wychodziła w domu o świcie a wracała późną nocą, jak również często wyjeżdżała na wielodniowe zgrupowania i zawody.  Tak więc wychowywaliśmy się praktycznie bez rodziców.

Aby temu zapobiec, rodzice uzgodnili z pewną dziewczyną ze wsi, która chciała „zrobić” w mieście maturę wieczorowo, a nie miała gdzie mieszkać, że będzie miała dach nad głową i wyżywienie w zamian za opiekę nad dziećmi po powrocie ich ze szkoły.

Chyba nigdy do ich świadomości nie dotarło, że oddali dzieci w ręce sprytnej i bezwzględnej  psychopatki. Pozornie wszystko było w porządku. Mieszkanie wysprzątane lśniło czystością a obiad był ugotowany, ale nikt nie wiedział, że w domu rozgrywa się dramat. Moim obowiązkiem jako dziecka było bieżące wiórkowanie na kolanach parkietu do białości ostrymi, kaleczącymi dłonie, metalowymi wiórkami, potem pastowanie podłogi, potem froterowanie do upadłego aby lśniła, a następnie: obieranie ziemniaków, mycie naczyń i szorowanie łazienki, wynoszenie śmieci, pranie, zakupy, mycie okien itd. itd. Bo przecież skoro jako chore dziecko nie mogłem biegać na podwórku  „to mogę coś w końcu w domu zrobić”.
Normą było bolesne bicie rzemieniem, wyszydzanie, poniżanie.  Za wszystko: za spóźnienie, za źle pościelone łóżko, za dwóję w dzienniczku. Przed matką zaś, „opiekunka” roztaczała opowieści o trudnym charakterze leniwego i krnąbrnego bachora, którego trzeba wreszcie złamać i zmusić do posłuszeństwa.

SZKOŁA

Dodatkowo przeniesienie się do zupełnie nowego środowiska było brzemienne w skutkach. Dziś widzę małego, chorego chłopca, który nie znał nikogo w nowym otoczeniu, a ze miał fizycznych możliwości zaprzyjaźnić z nowymi kolegami biegając, wspinając na drzewa,  ani grając z nimi w piłkę. Miał z pozoru niemiecko brzmiące nazwisko wzbudzające w tym powojennym czasie u ludzi szczerą nienawiść (wiadomo: „Szwab”). Z kolei przeszłość AK-owska jego rodziców i przebywanie ojca w USA były usprawiedliwieniem szykan i złośliwości ze strony nauczycieli (a wręcz niemal ówczesnym obowiązkiem ideologicznym tego PZPR-owskiego grona pedagogicznego).
Oni też bili. Twardym piórnikiem „po łapach” albo elastycznym wskaźnikiem. Szarpali dzieci za włosy i uszy do tego stopnia, że je czasem nadrywali do krwi. Dzieci nie radzące sobie z nauką wyszydzali i ośmieszali przed klasą sadzając do „oślej ławki”, eksponowanej z boku tablicy.

A ten chłopiec nie radził sobie z nauką. Był chudy i wysoki, więc „żeby nie zasłaniał innym dzieciom” sadzano go do ostatniej ławki. Tylko problem polegał na tym, że był krótkowidzem nie widzącym tego co nauczyciel pisze na tablicy, a nikt nie wpadł na to żeby mu kupić okulary.
Gdy się poskarżył, że nie widzi, wrogo nastawiona przez nauczycieli lekarka szkolna badająca dzieciom wzrok, powiedziała mu ze złością żeby się nie wygłupiał, „bo tak bardzo to niedowidzą tylko stare babcie”… Więc okularów nie dostał. Mógł tylko stale mrużyć oczy maksymalnie wytężając wzrok, skąd natychmiast przylgnęło doń przezwisko „Hindus” (choć skojarzenie powinno wskazywać raczej na Chińczyka).

Jawna niechęć i wrogość nauczycieli przenosiła się na podwórko, gdzie dzieci uważały za czyn chwalebny dokuczyć „Szwabowi”.  Jedną z najczęstszych zabaw dzieciaków było wrzucanie gwoździ do butów w szatni, kłucie szpilką w plecy w ławce szkolnej (żeby się odwrócił i został ukarany przez nauczyciela "za to, że się wierci"), podstawianie „haków”, pchanie, kopanie, bicie ciężkimi tornistrami po głowie, zabieranie mu rzeczy, albo wyrywanie tornistra i rozsypywanie zeszytów chłopca do błota.
A w domu, za pobrudzone zeszyty czekały go od „opiekunki” wściekłe razy skórzanym pasem: „żeby się  nauczył  trzymać zeszyty w porządku”…
Każdego dnia tego dzieciaka otaczał paraliżujący strach i rozpaczliwy brak możliwości zwrócenia się do kogokolwiek o pomoc. Bał się wyjść na podwórko, bał się iść do szkoły, bał się wrócić do domu…
Ojca nie było (był daleko). Matka wciąż nieobecna (bo bez reszty zapracowana), nie dawała wiary skargom dziecka, wierząc „opiekunce”, która przekonująco odpowiadała , że „te dzieci tak zmyślają”…  Z resztą za skargi, które ośmielił się składać do matki, też czekało go od „opiekunki” bicie „za donosicielstwo”, tylko… nieco później, jak matka znów wyszła z domu do pracy…

Patrzę dziś na los tego chłopca, zaszczutego, poniżanego, maltretowanego dzień w dzień, w szkole, na podwórku i w domu… i powiem szczerze:
Jeśli dobry Bóg powiedział by mi kiedyś: „Odniosłeś w życiu sukces. Zostałeś Naczelnikiem najbardziej elitarnej służby ratowniczej. Zostałeś Posłem na Sejm. Czy chcesz urodzić się jeszcze raz aby przeżyć to życie na nowo?” , to prosiłbym Go by tego nie robił.
Na rany Chrystusa! Już nigdy w życiu nie chciałbym powtórnie być dzieckiem…

ODWRÓCONA KARTA

Kiedyś, aby poprawić oceny w szkole podjąłem się wykonania jakiegoś modelu dla najbardziej szykanującego mnie nauczyciela.  Nad tym projektem pracowałem cały tydzień. Niosłem go delikatnie do szkoły jak promesę do wymarzonego, lepszego szkolnego życia… Jako szansę na lepsze, bardziej łaskawe traktowanie przez wrogich nauczycieli…

Niestety, już tradycyjnie w drodze do szkoły banda miejscowych chuliganów wyrwała mi model z rąk i rzucając na ziemię zaczęła wśród śmiechów kopać go i niszczyć. Wówczas w mym rozżalonym sercu coś pękło. Porwałem z ziemi cegłę i cisnąłem z rozpaczą z całej siły w głowę jednego z oprawców, aż zawarczała w powietrzu. Szczęściem chybiłem, ale w ułamku sekundy spostrzegłem w oczach bandziora coś, co zmieniło nagle mój pogląd na otaczający świat. Zobaczyłem w jego oczach strach!
I to był przełom. Zrozumiałem,  że jeśli moja zaciekła determinacja będzie większa niż strach przed biciem, to i ja mogę być niepokonanym przeciwnikiem dla maltretującej mnie do lat bandy. Uwierzyłem, że w życiu trzeba zaciekle walczyć do ostatka, nawet nie mając z pozoru żadnych szans na zwycięstwo! Uwierzyłem, że człowiek ogarnięty skrajną determinacją jest w stanie skutecznie przeciwstawić się rozproszonej w swych dążeniach każdej grupie przeciwników. Że ważne aby wierzyć w siebie, wierzyć w swój cel  i walczyć!

Zacząłem się stawiać łobuzom. Na początku już tradycyjnie zbierałem manto, ale rozpocząłem (potajemnie przed domownikami) trenowanie sztuk walki. Jeszcze wiele razy płynęła mi krew z rozbitego nosa, albo wypluwałem wybite zęby, ale po kilkudziesięciu miesiącach potajemnych ćwiczeń i otwartych, zaciekłych ulicznych bijatyk, przyszedł czas, że  już nikt nie zaryzykował próby sprowokowania mnie do konfrontacji.
Jak samotny, pokryty bliznami wilk, zaciekle i do upadłego kąsający atakującą go zgraję kundli, stałem się dla łobuzów zbyt trudnym przeciwnikiem… znaleźli sobie w końcu inne, łatwiejsze cele.
Karta mojego życia odwróciła się …

Podstawówka dobiegała końca.  Nasza „opiekunka” wyprowadziła się i wyjechała gdzieś w diabły.
Tak się złożyło, że wkrótce nasz Ojciec wrócił do Polski. Popołudniami w domu roznosił się zapach parzonej namiętnie przez Niego wiedeńskiej kawy i czasem zapach fajki. Codziennie o zmierzchu z pokoju rodziców dobiegały nas dźwięki fortepianu. To Mama, która bywała teraz coraz częściej w domu,  słuchała
 w wieczornej ciszy leżąc w fotelu koncertu chopinowskiego nadawanego przez Polskie Radio. 

Okazało się, że słońce tak pięknie świeci na świecie, a kwiaty pachną tak mocno…
Karta mojego życia odwróciła się …

Ciekawe też, ale z niewytłumaczonych powodów  i moje chore serce po okresie dynamicznego wzrostu ciała i skrycie dawkowanego ruchu, okazało się zdolne do przyjmowania dużego wysiłku umożliwiające mi trening. Lekarz sportowy, do którego w końcu musiałem się udać by oficjalnie rozpocząć życie zawodnika, ze zdumieniem stwierdził  u mnie prawidłową pracę serca… Wygłodniały ruchu  zacząłem trenować judo, łyżwiarstwo, biathlon, wspinaczkę. 
Karta mojego życia odwróciła się …

POST SCRIPTUM

Dlaczego o tym piszę? Bo warto wiedzieć, że bywają tzw.  „dobre domy” gdzie w tajemnicy przed światem, zastraszone dzieci, z różnych przyczyn przeżywają prawdziwą gehennę. Zdarza się, że przy zupełnej nieświadomości rodziców. Czasem jest to czcigodny sąsiad „przyjaciel rodziny”, którego nikt nie podejrzewa o molestowanie dziewczynek, a czasem psychopatyczna, cwana „opiekunka” znęcająca się fizycznie i psychicznie nad chłopcem…

Zapytacie dlaczego moje smutne dzieciństwo nie przerodziło się w szczerą nienawiść do ludzi?  
Odpowiem: Przeciwnie, uodporniło mnie na podłość ludzką.
Bo uznałem, że  bezsprzecznie zdecydowanie większą satysfakcję niż niszczenie, daje budowanie czegoś nowego albo niesienie ratunku komuś ginącemu lub cierpiącemu. Kiedy wyłącznie dzięki naszej sprawności i umiejętnościom jesteśmy w stanie odwrócić zły los,  który spotkał innego człowieka.

Kiedyś, w dawnych czasach, pas i ostrogi rycerskie dawano ludziom szczególnie szlachetnym, o mężnym sercu i odwadze. Później, chyba niekoniecznie słusznie, przenoszono tytuł szlachecki na wszystkich potomków człowieka tak uhonorowanego. Twierdzę, że niekoniecznie słusznie bowiem ludzie są różni i biologiczne pochodzenie nie daje gwarancji, że każdy, który nastąpi po nas będzie dobry, odważny i zdolny do poświęceń.  Dziś uważam, że uzyskanie tytułu ratownika górskiego, wodnego, morskiego, górniczego czy też strażaka, a następnie niesienie ludziom ratunku wobec zagrażającego im żywiołu, to jak tytuł szlachecki czy ostrogi rycerskie nadawane w dawnych czasach osobom szczególnym.
Taki certyfikat jakości człowieka…

Kiedy na stoku narciarskim czy w głębi jaskini pochylam się nad cierpiącym, połamanym człowiekiem, nie interesuje mnie jego wiara, rasa  i poglądy polityczne, nie wiem czy jest zły czy dobry. Mam natomiast świadomość, że tylko sprawność moich rąk jest w stanie zmniejszyć jego cierpienie, uczucie przerażenia, osamotnienia, zimna… Wiem wówczas, że jestem w owej chwili najbardziej oczekiwaną przez niego istotą.
Bo dzięki mnie będzie dalej żył…
Bo każdy ratownik ma potężną moc powstrzymania staczającego się głazu nadchodzącej śmierci... 

Wierzę głęboko, że walka z bólem i strachem człowieka, walka o ocalenie jego istnienia są warte każdej ceny.
Może się zdarzyć, że również ceny własnego bezpieczeństwa, a 
nawet... życia.