pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

HARCERZE. OPOWIEŚĆ WIGILIJNA…

Różne bywają Wigilie… Ja jednak do końca życia pamiętał będę pewien szczególny wieczór wigilijny, wieczór Stanu Wojennego, gdy nagle do drzwi naszego mieszkania mieszczącego się w starej, odrapanej oficynie, gwałtownie zapukano… Gdy otworzyłem, w ciemności klatki schodowej zobaczyłem złowrogą postać funkcjonariusza ZOMO...
To jednak nic, bo twarz, która wyłoniła się z mroku spowodowała, że dosłownie zatkało mnie… Ale może opowiem wszystko od początku?…

Na początku grudnia 1981 roku, w związku z rosnącym napięciem wewnątrz kraju,  Krąg Instruktorów Harcerskich im. Andrzeja Małkowskiego (prowadzący opozycyjną działalność w strukturach ZHP, a kultywujący tradycje skautowe i głęboki, przedwojenny patriotyzm), powołał Zimowe Pogotowie Harcerek i Harcerzy, wybierając mnie jego Komendantem.  Była to struktura wzorowana na  Pogotowiu Wojennym Harcerek i Harcerzy zorganizowanym w Polsce w przed II wojną światową i działająca podczas okupacji w celach humanitarnych. Dlaczego się na to zdecydowaliśmy? Bo, przewidując ewentualne gwałtowne zamieszki, bądź wkroczenie obcych wojsk do Polski, rozważaliśmy wówczas nie tylko zorganizowane harcerskiej pomocy ewentualnie rannym ludziom oraz opiekę nad opuszczonymi lub zagubionymi dziećmi, ale też w przypadku obcej interwencji, również drobne, dywersyjne działania dezorientujące potencjalnych okupantów polegające na przykład na odkręcaniu przez harcerzy tabliczek z nazwami ulic i miejscowości.

Tymczasem, póki co, została nawiązana współpraca z Polskim Czerwonym Krzyżem (PCK)  i Polskim Komitetem Pomocy Społecznej (PKPS), co pozwoliło uzyskać z ich zasobów, adresy osób żyjących w nędzy albo na granicy ubóstwa. A osób tych, wbrew pozorom, w tym ustroju deklaratywnej sprawiedliwości społecznej  było mnóstwo. Właśnie tym odrzuconym, niezależnie od innych działań postanowiliśmy pomóc w pierwszej kolejności podczas tej nadchodzącej niezwykle surowej zimy …

Mroźny ranek 13 grudnia 1981 roku zastał mnie, szczepowego z moimi harcerzami Szczepu ZHP „Światowid” nie w mieście, ale w schronisku górskim, na wyjeździe narciarskim, na zasypanej śniegiem beskidzkiej Szyndzielni. O świcie wiecznie głodni ruchu starsi druhowie (Niziołek, Oko, Zasada i inni), zjechali na nartach do dolnej stacji kolejki gondolowej, żeby załapać się na pierwszy, techniczny wyjazd wagonika przeznaczonego głownie dla obsługi.

Jednakże chłopcy bardzo długo nie wracali... 
Gdy minął czas śniadania zaczęliśmy się poważnie obawiać się czy nie mieli jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Jednak w końcu pojawili się, ale potwornie zmęczeni, charcząc z wysiłku, z nogami otartymi w twardych butach narciarskich do krwi. Gdy złapali pierwszy oddech wyjaśnili nam, że dolna stacja kolejki linowej została obsadzona przez żołnierzy i unieruchomiona, że w całej Polsce został ogłoszony stan wojenny, że zdelegalizowano wszelkie organizacje i wprowadzono godzinę milicyjną. Zamknięto szkoły, uczelnie i stowarzyszenia.
To był szok! Spodziewaliśmy się co prawda wszyscy jakiejś konkretnej „afery”,  ale to co opowiadali druhowie, to było nie do uwierzenia! Spakowaliśmy więc szybko plecaki i zjechaliśmy na nartach do przystanku PKS. Na szczęście autobus przyjechał punktualnie. Na stacji kolejowej w Bielsku Białej zobaczyliśmy uzbrojone po zęby patrole żołnierzy z Wojskowej Służby Wewnętrznej  i milicyjnych ZOMOwców. Wszystkie wagony wjeżdżające na stację były dokładnie przeszukiwane, a ludzie legitymowani. Z ulgą skonstatowaliśmy jednak na peronach i ulicach, brak żołnierzy obcych armii...

Widząc co sie dzieje, jako komendant Zimowego Pogotowia Harcerek i Harcerzy ogłosiłem zbiórkę alarmową dla wszystkich starszych harcerzy i instruktorów. Jeszcze tego wieczoru łącznicy rozbiegli się po mieście...
  Następnego dnia rano pod harcówką na osiedlu „Operetka”, zrobiło się szaro i zielono od harcerskich mundurów. Na wezwanie stawiła się ponad setka dziewcząt i chłopców spod znaku krzyża i lilijki. Po szybkiej naradzie kadry, postanowiliśmy kontynuować planową pomoc ludziom najuboższym, chorym, kalekim, zniedołężniałym starcom i samotnym matkom. Szybko podzieliliśmy pomiędzy dwuosobowe zespoły druhów pozyskane z PCK i PKPS adresy potrzebujących. Każdy dostał kilka rodzin do objęcia ich opieką i pomocą. Młodzież rozeszła się po całym mieście do przydzielonych im zadań. Chodzili pod wskazane adresy po ruderach, norach i strasznych, dziurawych poddaszach,  o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Zmieniali opatrunki na gnijących, owrzodzonych ranach, wystawali na mrozie w wielogodzinnych kolejkach robiąc zakupy podstawowej żywności, dostępnej wyłącznie na kartki, ludziom starym i obłożnie chorym, dźwigali węgiel z głębokich piwnic na wysokie piętra kamienic i palili w piecach osobom bezradnym, mieszkających w pomieszczeniach, w których lód pokrywał wewnętrzne parapety okien, a mróz iskrzył swe kły na lodowatych ścianach…
Inne zespoły opiekowały sie maleńkimi dziećmi samotnych matek, aby te mogły pójść załatwić coś w urzędach, jak choćby kartki żywnościowe, czy pobrać zasiłek...

Harcerze przynosili wieści o strasznym, wręcz wstrząsającym losie niektórych ludzi. Jeden z patroli opiekował się na przykład starym człowiekiem, który w wypadku stracił obie nogi i dłoń. Aby sobie zapalić w piecu, mężczyzna ów, nie posiadając żadnych protez, czołgał się codziennie z poddasza wysokiej kamienicy, w której mieszkał do piwnicy i z niej przez kilka godzin wciągał na górę worek z węglem, który ładował jedna ręką… Nikt z mieszkańców kamienicy mu nie pomagał, bo podobno ten człowiek czasem pił alkohol. A kiedy go pił stawał się zgorzkniały i przykry…

Ponieważ wszystkie szkoły były zamknięte, więc korzystając z tych przymusowych wakacji, młodzież harcerska, ciężko pracowała u swych podopiecznych. Wychodziła rano, a wracała zmęczona i zmarznięta dopiero po zmroku do naszej harcówki gdzie czekały na nich zawsze dyżurne druhny z gorącą herbatą, a czasem i pożywną, składkową zupą gotowaną fenomenalnie przez niezawodną Szarotkę...  

Tymczasem nasza, harcerska akcja zaczęła nabierać tempa. Zgłaszano nam coraz to nowe adresy osób potrzebujących i wszystko szło coraz sprawniej.

Niestety, gdzieś po trzech, czterech dniach dowiedziałem się, że do mojego pracodawcę odwiedzili funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i dokładnie penetrując moje dokumenty kadrowe, wypytywali o nas. Z rozmowy wynikało, że w związku ze złamaniem artykułu o zakazie zgromadzeń publicznych przygotowują aresztowanie dla mnie i dla mojej żony Szarotki oraz oczywiście akt oskarżenia do doraźnego sądu.  
Gdy dotarła do nas ta poufna wiadomość, nie czekając ani chwili pobiegliśmy do Wojskowej Komendantury Miasta i korzystając z ogłaszanej przez władze oficjalnej deklaracji o otwarciu na skargi i zażalenia mieszkańców, zażądaliśmy spotkania z Wojskowym Komendantem Miasta. Ku naszemu zdumieniu pan pułkownik przyjął nas natychmiast. 
Powiedzieliśmy mu otwarcie, że co prawda rygory stanu wojennego mówią  o delegalizacji stowarzyszeń i zakazie zgromadzeń, ale w naszym wypadku jest to kompletnie bez sensu! Dysponujemy 120  osobową grupą młodzieży złożoną ze starszych harcerzy i instruktorów ZHP. Wszyscy są bez reszty zaangażowani w pomoc ludziom starym, chorym, kalekim. Niczego od władz nie chcemy.  Prosimy tylko o zgodę na to żebyśmy mogli dalej działać i ratować ludzi potrzebujących. Nie zajmujemy się polityką, więc nie jesteśmy przeciwnikiem tej władzy, ale ostrzegamy, że bez naszego zaangażowania i społecznej zespołowej pracy tych harcerzy, wielu biednych lub kalekich ludzi może tej strasznej zimy przeżyć. 
Zapadła cisza. Oficer przyglądał nam się przez dłuższą chwilę, a potem powiedział. - Dobrze!

Wróciliśmy więc z Szarotką pędem do harcówki i do młodzieży, która liczyła się z tym, że może nas już długo nie zobaczyć.  Dziś mamy świadomość, że udało się nam wówczas ocalić być może jedyną harcerską placówkę w Polsce, prowadząca nieprzerwaną działalność podczas stanu wojennego, a jednocześnie w żaden, polityczny sposób nie kolaborującą z władzami.
Zawsze się też zastanawiałem dlaczego nam na to pozwolono? Być może SB uważało, że nasze działanie jest tak naprawdę, płaszczykiem dla jakiejś głębszej konspiracji. Być może zgadzając się, trochę nieoficjalnie, na nasze działania, próbowano nas dyskretnie rozpracować. 
Argumentem dla tej tezy niech będzie na przykład fakt, że kilka dni później ówczesny Komendant Hufca ZHP Ziemi Gliwickiej hm. Andrzej Jaśniok, przysłał nam „do pomocy” jakiegoś kompletnie nieznanego w naszym środowisku instruktora harcerskiego. Rozśmieszył nas tym do łez, gdyż ów instruktor był odziany w nowiutki, nie spłowiały mundur, taki prosto z magazynu, bez żadnych wyhaftowanych sprawności czy przyszytych plakietek z różnych obozów. Dodatkowo, pomimo, że nosił pod krzyżem czerwoną, harcmistrzowską podkładkę, to z rozmowy szybko wynikło, że nie ma pojęcia o Prawie Harcerskim, obyczajach oraz metodyce skautowej… Nie trzeba było być badaczem wiedzy tajemniej by zorientować się, że władza przysłała nam w jego osobie zakamuflowanego „opiekuna”,  a raczej wnikliwego obserwatora.  Odmawiał on kategorycznie wysyłania go w teren, do ciężkiej pracy u rodzin potrzebujących pomocy, skarżąc się na "chorobę nóg", ale jakoś bardzo chętnie penetrował listy adresowe naszych druhów oraz adresy osób, którymi się opiekowaliśmy…

***
Płynęły dni wytężonej pracy tego Harcerskiego Pogotowia. Tymczasem nadszedł dzień wigilijny. Uboga to była wigilia. Nie będąc działaczami Solidarności, ani organizacji kościelnych, nie mogliśmy liczyć na żadne dary nadchodzące z Zachodu dla opozycji. Z kolei nie będąc na listach współpracowników ówczesnych władz, również nie mogliśmy liczyć na wsparcie jakiego udzielali wiernym sobie towarzyszom. Było więc strasznie chudo, ale myślę, że w takiej sytuacji jak my, była zdecydowana większość mieszkańców tego Kraju… więc nie ma co narzekać.

Zapadł zmrok. Rozpoczęliśmy tradycyjną wieczerzę wigilijną. Aby potraw było dwanaście, zróżnicowaliśmy je na zasadzie dodatków. Na przykład liczyliśmy kapustę jako jedno danie, ale już kapustę z grzybami jako kolejne… Chleb i ziemniaki też były liczone jako oddzielne „dania”. Pod białym obrusem pachniało włożone tam sianko, z którym na szczęście nie było problemu. Oprócz miejsca dla nas i dla naszych dzieci, było też przygotowane jak zwykle, tradycyjne miejsce dla bezdomnego wędrowca… 
Cudowny czerwony barszcz, barszcz mojej mamy robiony na naturalnym zakwasie, pachniał już i parował na talerzach w zimnym pokoju, gdy wtem zapukano do naszego mieszkania… W ciszy tego wieczoru, to ostre pukanie zabrzmiało jak złowrogi wystrzał!
Poszedłem otworzyć drzwi. I… w jednej chwili krew w moich żyłach nabrała konsystencji lodu! W mroku klatki schodowej zobaczyłem mundur polowy funkcjonariusza ZOMO. Przez głowę przebiegła mi myśl: - A jednak ten oficer w Wojskowej Komendanturze miasta, kłamał!  Odwlekli tylko nasze aresztowanie, bo nie chcieli robić głośnej afery, ale postanowili przymknąć nas po cichu, w Wigilię…

Staliśmy tak w milczeniu przez chwilę. ZOMOwiec pierwszy zrobił krok do przodu i wówczas w świetle padającym od drzwi zobaczyłem jego lekko obrzękniętą twarz. Była jakby znajoma! Milicjant poprosił o wpuszczenie i gdy wszedł, rozpoznaliśmy go. Był to jeden z dawnych, dobrych znajomych, który odsłużył jak trzeba zasadniczą służbę wojskową, znalazł pracę w hucie, ożenił się, zaczął działać trochę w Solidarności i zaprzestał od jakiegoś czasu spotkań z nami...

Nasze zdumienie TAKIM mundurem wyjaśnił prędko i skwapliwie. Otóż podczas luźnej pogawędki ze swoim sąsiadem, funkcjonariuszem SB, nieopatrznie dość szczerze wyraził swą negatywną opinię o stanie wojennym. O tej rozmowie, jako nieistotnej, zaraz zapomniał lecz dwa dni później otrzymał jako rezerwista wezwanie do ówczesnej Wojskowej Komendy Uzupełnień. Poszedł, bo jako jedyny żywiciel rodziny myślał, że to żart. Ale tam natychmiast, bez prawa powrotu do domu, wcielono go do Rezerwowych Oddziałów Milicji Obywatelskiej i wywieziono do milicyjnych koszar.  Była w nich przedziwna mieszanka rezerwistów: od facetów napalonych na konfrontację i  „robienie porządku”, którzy wojsko odsłużyli kiedyś na ochotnika w ZOMO, poprzez dystansujących się od takich chęci WOPistów, aż po szeregowych ludzi z opozycji, wcielonych przymusowo do takich jednostek „dla uporządkowania przekonań". Nasz gość chcąc nie chcąc, stał się jednym z nich... 
Wysyłano ich głównie na patrolowanie ulic zbuntowanych miast. Mówił, że największy szok przeżył gdy wstępując do sklepu napotkał nieznane sobie dziecko, które na widok jego munduru dostało spazmów z przerażenia. Opowiadał jednak też, że gdy kierowano ich oddział do tłumienia demonstracji, to pomimo, że przecież jego sympatia było po stronie demonstrujących, to gdy leciał na nich grad kamieni i stalowych śrub, w jego sercu rodził się bunt, złość i nienawiść do tego gniewnego tłumu zapalczywych ludzi, którzy chcą mu zrobić krzywdę, tylko dlatego, że ktoś ubrał go we wrogi mundur… 

Myślę dziś, że to jego splątanie i nienawiść do demonstrujących, kwitnąca w sercu byłego członka Solidarności, to był największy, acz podstępny sukces twórców stanu wojennego.

Opowiadał nam bowiem też o tym, że czasem przechodnie częstowali ich kanapkami, ale zdarzało się, że po takim „poczęstunku” żołnierze i milicjanci odczuwali silny ból brzucha i dostawali gwałtownych wymiotów. Pomyślałem sobie wówczas, że raczej nie robiła tego zorganizowana opozycja, tylko ktoś mały i podły, albo ktoś, kto w swym rozżaleniu przekroczył granicę człowieczeństwa…
Możliwe też, że były to celowe działania SB, żeby wzbudzić u patrolujących funkcjonariuszy nieufność i niechęć do ludności… Kto to dziś wie?

Bo tak naprawdę wówczas na ulicach, walczyli zaciekle ludzie obu stron konfliktu nie znający się zupełnie nawzajem i nie żywiący personalnie do siebie żadnej osobistej urazy.
Takie to były poplątane losy Polaków w tamtych czasach…

Niestety to nie koniec smutnej historii naszego gościa. Gdy wyszedł na przepustkę do domu, nie zastał żony, która opuściła ich dom i wyjechała z dzieckiem w nieznane, nie chcąc żyć z „ZOMOwcem”, a wybitnie konserwatywni rodzice widząc go w mundurze milicyjnym, pokazali mu drzwi, nie chcąc słuchać żadnych wyjaśnień!… Wyszedł więc bezradny w ten wigilijny wieczór, na mroźną i zaśnieżoną ulicę. Jego rodzinny dom już dlań nie istniał, a do jednostki i pijanych już pewnie o tej porze kolegów z ZOMO, nie miał ochoty wracać… Wówczas, niemal bezwiednie, skierował kroki do nas. 
- Dlaczego? – spytaliśmy go. 
- Bo u was był zawsze taki, ciepły dom, otwarty dla wszystkich, taki rodzinny dom o jakim zawsze marzyłem – odpowiedział…
W tej sytuacji zaprosiliśmy go do stołu i usiedliśmy razem do Wigilii, dzieląc się z nim naszą i tak skromną wieczerzą. Wszystkiego było bardzo mało, ale przecież otrzymaliśmy w zamian od losu coś niezwykłego. Coś znacznie więcej niż innym było wówczas dane.  Podczas tej mroźnej nocy stanu wojennego, mieliśmy na Wigilii ZOMOwca, który schronił się u nas, przełamał się z nami opłatkiem i zmówił wspólnie modlitwę do Tego, który wszak jest Panem wszystkich ludzi na świecie… nie zważając na ludzkie poglądy, uprzedzenia czy złości…

***

Minęły święta Bożego Narodzenia. Praca Pogotowia Zimowego Harcerek i Harcerzy rozwijała się dynamicznie. Zgłaszano kolejne adresy potrzebujących pomocy. W końcu tych adresów było tak wiele, że druhowie niemal nie nadążali z odwiedzaniem ich.

Tymczasem dziwnym zdarzeniom wokół nas nie było końca...

Pewnego wieczora przyszedł do nas pewien znajomy z prośbą, żeby przechować jego przyjaciela, poszukiwanego przez SB działacza solidarnościowego huty Bumar-Łabędy, zakładu produkującego czołgi. Gdy zdziwiliśmy się, że nie został internowany, zaczęli nam tłumaczyć, że ominęło go aresztowanie ponieważ nie był na tyle ważny, ale teraz przypomniano sobie chyba o nim  bo poszukuje go jednak służba bezpieczeństwa, a przecież żaden z niego działacz…
- Nic z tego - powiedziałem. Jak UB go u nas nakryje to zamkną również nas razem z nim, a wówczas runie ta wspaniała, harcerska akcja pomocy ludziom ułomnym i ubogim.
- Więc powiemy wam szczerze jak jest - znajomy na to. - Tak naprawdę, to on nie jest z Solidarności, tylko miał romans z córką dyrektora huty, o co ten ostatni jest wściekły i z zemsty doniósł nań do bezpieki. Teraz polują na niego jak na zwierzę, a on boi się, że jak go ci z UB dopadną, to go zatłuką w jakimś kącie. Tak więc, to jest prawdziwy powód, dla którego musi się ukrywać...

Cóż… ludziom trzeba ufać i pomagać w niedoli. Zgodziliśmy się. Zamieszkał z nami, a my dzieliliśmy się z nim wszystkim cośmy mieli. Mieszkaliśmy wówczas w oficynie starej, obdrapanej kamienicy na Wieczorka. Dochodziło się do nas przechodząc przez bramę i podwórze wyłożone kocimi łbami.  My z Szarotką i dwójką naszych małych dzieci zajęliśmy jeden pokoik, a nasz gość, drugi. Zostawialiśmy go na całe dnie samego, idąc do pracy i działań harcerskich…
Aż przyszedł pewien wieczór naprawdę silnych emocji! Już mocno spóźnieni wracaliśmy śpiesząc się strasznie, gdyż było już po godzinie milicyjnej. Na mroźnej ulicy było biało od grubej warstwy śniegu, cicho i pusto… Gdy dochodziliśmy już do naszej bramy, nagle zobaczyliśmy w niej stojących sześciu umundurowanych byków w hełmach, z pałkami i z bronią maszynową. Wyraźnie czekali na nas...
Przeleciało nam wówczas błyskawicą przez głowę tysiąc myśli, a na końcu bunt! A jednak nie dopadną nas! Jesteśmy młodzi i nieźle wysportowani.  Możemy rzucić się w bok, przebiec sąsiednią bramę i z łatwością przeskoczyć mur. Mamy szansę! Oni w tych ciężkich buciorach, grubych kurtkach i z długą bronią, nie dogonią nas nigdy za Boga!
Wtem! Nagłe otrzeźwienie. Przecież idziemy trzymając za rączkę nasze małe dzieci, które mają po 5 i 4 latka. Z nimi nie mamy żadnych szans na ucieczkę, a przecież nie zostawimy ich w łapskach zaciekłej pogoni.  Cóż… więc nici z ucieczki… Stopy zrobiły się nam ciężkie jak z ołowiu...
 Zbliżając się jak skazańcy do tej nieszczęsnej bramy, staraliśmy się zachować spokój zbierając z trudnością myśli, gdy wtem wśród funkcjonariuszy zobaczyliśmy JEGO! Naszego skrytego lokatora. Pomyśleliśmy z przerażeniem, że może nieostrożny wyszedł na ulicę i został właśnie zatrzymany przez ten patrol, ale zobaczyliśmy, że stoi sobie swobodnie wśród ZOMOW-ców i paląc papierosa  śmieje się. Zrozumieliśmy, że jest jednym z nich i że to na nas, razem czekają….

Gdy stanęliśmy przed umundurowanymi, oni o dziwo, rozstąpili się przepuszczając nas bez przeszkód, a wówczas nasz lokator dostrzegł nas. Był zaskoczony tym spotkaniem chyba bardziej od nas. Być może myślał, że o tej porze jesteśmy już w mieszkaniu?  Zaczął się natychmiast nerwowo tłumaczyć, że wyskoczył po papierosy i właśnie spotkał kolegów z wojska. Pokiwaliśmy głową ze zrozumieniem, ale już wiedzieliśmy kim jest… Zniknął zresztą bez słowa pożegnania zaraz następnego poranka, zabierając swoje ciuchy oraz jeden z naszych najfajniejszych albumów ze zdjęciami… i nigdy go już nie zobaczyliśmy. 
Jakie miał zadanie? Sądzę, że Służbę Bezpieczeństwa podczas stanu wojennego interesowało bardzo jakie mam kontakty towarzyskie lub organizacyjne. Nawet ich rozumiem. Młody, niepokorny człowiek o obcobrzmiącym nazwisku, którego przodkowie byli ziemianami na Kresach Polskich, którego dziadek-oficer zginął w Katyniu, ojciec walczył w AK, a matka w Szarych Szeregach, którego część rodziny mieszka w USA, i który w nie do końca jasnym dla władz celu biega po mieście, organizując wbrew zakazom Stanu Wojennego harcerską młodzież by „rzekomo” pomagać bezinteresownie (!) ludziom z marginesu społecznego… To przecież jakiś podejrzany typ!... 
Tym bardziej, że robi to z własną żoną, niezwykłą harcerką, wnuczką sędziego z Polskich Kresów, a córką emerytowanego oficera Ludowego Wojska Polskiego, rannego dwukrotnie w boju, uczestnika szturmu na hitlerowski Berlin w 1945 roku...

Jak widać nic na tym świecie nie jest tak proste i tak jednoznaczne jakby się czasem zdawało, a ja do dziś współczuję ówczesnym funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa, którzy musieli się nieźle naharować, nad rozpracowaniem u nas, tego rzekomo ciężko zakonspirowanego spisku, którego po prostu nie było... 

***

Nie zostałem więc podczas Stanu Wojennego aresztowany ani internowany. Nie spałem wcześniej na styropianie jak wielu dzielnych ludzi z opozycji… Może powinno mi być głupio, ale moja praca polegała przed stanem wojennym na uczeniu jazdy na nartach i pracy przewodnika górskiego. W jaki sposób miałbym strajkować? Nie wychodząc z ludźmi w góry?
Jeśli zaś chodzi o stan wojenny... przecież od wieków, niezależnie od śmiałych rycerzy walczących zaciekle ze sobą w imię wyższych idei, musieli istnieć również zwykli ludzie nie mający może takiej jak oni odwagi ani zaciekłości bojowej. Ludzie, którzy wypełniają jednakże pewną istotną społeczną misję: opatrzą rannych i zaopiekują się chorymi czy też pozostawionymi bez opieki dziećmi albo przyjmą pod swój dach i nakarmią głodnych i zagubionych… Ludzie ci, głęboko przekonani do tych najwyższych wartości, zawsze będą potrzebni, bez względu na ustrój. Być może to właśnie oni stanowią mocne korzenie tego drzewa, jakim jest targane czasem emocjami społeczeństwo?…

***

Myślę, że gdy dobry Bóg wezwie Szarotkę i mnie kiedyś do siebie i zapyta: 
- Czy walczyliście za Polskę jak wasi przodkowie? - Odpowiemy: 
- Niestety nie! My byliśmy tylko, wierni Prawu Harcerskiemu i wychowując harcerską młodzież, walczyliśmy w tym trudnym dla Polski czasie z bólem i zimnem nękającym biedaków. Walczyliśmy tak jak potrafiliśmy z ich głodem, samotnością i strachem. Wraz z grupą wspaniałych, ofiarnych młodych ludzi w harcerskich mundurach, którzy nam wówczas bez reszty zaufali, wspieraliśmy pomocną dłonią, ciepłym uśmiechem i dobrym słowem tych bezradnych i odrzuconych, o których w tych burzliwych dniach politycznych uniesień, w zamęcie bitewnym i huraganie historii, wszyscy jakby zupełnie zapomnieli…

***

I to koniec pewnej wigilijnej opowieści byłego harcerza… ówczesnego Komendanta - Zimowego Pogotowia Harcerek i Harcerzy…



Piotr van der Coghen
skreśliłem dnia 23 grudnia 2013 r
w Podlesicach

PS.

Przyszła w końcu wiosna. Samarytańskie działania Pogotowia Harcerskiego stały się już niekonieczne. Rozproszyli się druhowie po Polsce i po świecie. A my? Wyjechaliśmy z tego pięknego, gwarnego miasta do pracy na głęboką wieś, ale nie przestaliśmy nieść pomocy ludziom…  Zmieniliśmy tylko krzyż harcerski na inny: taki błękitny z kosodrzewiną, a szare i zielone mundury, na czerwone swetry ratowników GOPR, ale to już zupełnie inna historia...

Komentarze:


 

 

Captcha  

2013-12-23 11:39:45, Gorbi

Piękna opowieść druhu Piotrze. Pozdrowienia! i szacunek.

zgłoś nadużycie

2013-12-23 15:55:38, GośćEwa Rudawska - Liszka

Życie lubi zaskakiwać...bo fortuna kołem sie toczy....Wszystkiego co najlepsze Piotrze dla Ciebie , Szarotki i córci... :-)

zgłoś nadużycie

2013-12-23 22:26:11, Lukomski Bogdan

Piotrze,masz bardzo lekkie pióro...zacznij pisać książki !

zgłoś nadużycie

Odpowiedź na komentarz

Kto wie?... Może kiedyś przyjdzie na to czas?...
Pozdawiam serdecznie i dziękuję za ciepłe słowa. Piotr van der Coghen.

2013-12-24 19:05:12, Janina

podobno:" Świat będzie należeć do małych, cichych ludzi" - mam nadzieję że "małych" oznacza nieznanych. Pozdrawiam i życzę Zdrowych i Spokojnych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku 2014

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga