pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

TABOR W OGNIU

Co to jest TABOR? „Taborem” lub jak kto woli „taboriskiem” nazywają ze słowacka taternicy swe bazy biwakowe czyli stałe obozowiska. Na początku lat 90 ubiegłego wieku, do taborisk tatrzańskich ulokowanych w rejonie Morskiego Oka, Hali Gąsienicowej i wylotu Doliny Kościeliskiej, doszło jeszcze jedno: jurajskie, w pobliżu słynnego na całą Polskę rezerwatu skalnego „Góra Zborów” – Mekki polskiego alpinizmu skałkowego.

Było to w czasie rosnącego zainteresowania wspinaczką skałkową i masowego wręcz biwakowania wspinaczy na terenie rezerwatu skalnego Góra Zborów. Gmina Kroczyce zbudowała więc w odległości 900 metrów od granicy rezerwatu, wśród lasów,  pole namiotowe. Ogrodziła teren, sanitariaty, kamienny śmietnik, krąg ogniskowy oraz kran do mycia, a także zbudowała kamienny pawilon stanowiący schronienie przed deszczem dla biwakujących i maleńką kwaterę dla gospodarza obiektu. Przez pewien czas pole nie miało gospodarza, więc nie było na nim zbyt bezpiecznie, ponieważ zamiast turystów odwiedzały je często ekipy  pijanej młodzieży na motocyklach, organizujących tam sobie wariackie imprezy przy ogniskach. W końcu to pole namiotowe Gmina Kroczyce użyczyła Polskiemu Związkowi Alpinizmu w Warszawie, a jego pierwszymi stałymi gospodarzami zostali Irena i Piotr van der Coghenowie, ratownicy Grupy Beskidzkiej GOPR, wpinacze i przewodnicy górscy, znani dziś w środowisku jako Szarotka i Nacz.

Nowi gospodarze zaczęli swą działalność od wyrzucenia z Bazy chuliganów, wywiezienia ośmiu wielkich kontenerów puszek, butelek i wszelkiego rodzaju śmieci. Zaczęli też modernizować ten jurajski Tabor, aby zwiększyć komfort biwakowania na nim wspinaczy i turystów. Powstały umywalnie i toalety.  Od początku też wprowadzono zasadę, że wszelcy ratownicy GOPR, przewodnicy górscy oraz instruktorzy wspinaczki PZA, nie ponoszą żadnych opłat związanych z użytkowaniem Taboru.

Wiedzą powszechną było, że gospodarzami Taboru są ratownicy GOPR. W tej sytuacji w razie wypadków czy kontuzji zwracano się do nich o pomoc. Znamiennym zdarzeniem był wypadek wspinaczkowy w grupie skał zwanych Biblioteką. Młody 16 letni wspinacz z Torunia odpadł od szczytu skały i spadł kilkanaście metrów w dół łamiąc kręgosłup i miednicę. Przybyły na miejsce felczer z pogotowia ratunkowego z Myszkowa stwierdził ponadto uraz narządów wewnętrznych. W tej sytuacji Piotr van der Coghen podjął decyzję o wezwaniu śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego z Katowic. W braku jakiejkolwiek innej możliwości, połączył się z lotniskiem telefonując z aparatu „na korbkę” z Hotelu „Ostaniec” w Podlesicach. Połączenia musiały przejść przez urzędy pocztowe w Kroczycach, Myszkowie i Katowicach… Aby nie trwało to wieczność należało wówczas zamówić tzw. „międzymiastową błyskawiczną” i to na hasło „Ratunek”. Gdy po pewnym czasie połączono ratownika z lotniskiem on wytłumaczył pilotowi gdzie ma przylecieć. Do tego pierwszego, historycznego już lotu ratunkowego na Jurę po rannego wspinacza, wystartował wówczas pilot Jerzy Kulig (późniejszy kapitan Boeingów PLL Lot w Warszawie). Poszkodowanego chłopca przewieziono śmigłowcem do Kliniki w Piekarach Śląskich co prawdopodobnie uratowało mu życie, natomiast to, że dziś samodzielnie chodzi, zawdzięcza wspaniałym rękom tamtejszych chirurgów…

Wobec tak poważnych wypadków z inicjatywy Piotra van der Coghena próbowano utworzyć na Taborze sezonową stację Grupy Beskidzkiej GOPR. Jednak po początkowych próbach, pewnego dnia 1994 roku grupa 50 wspinaczy postanowiła założyć Jurajskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Pierwszym Naczelnikiem JOPRu wybrano Piotra van der Coghena. Niestety utworzona spontanicznie z zapotrzebowania społecznego organizacja, nie miała zagwarantowanych żadnych funduszy na działalność. Służba ratownicza mogła być więc pełniona przez wszystkich społecznie.  Konieczne koszty, takie jak paliwo do samochodów terenowych, namioty,  oraz doposażenie sprzęt alpinistyczny i nurkowy, a także wyżywienie ratowników, pokrywała ze swoich prywatnych funduszy rodzina Van der Coghenów, której wszyscy członkowie wstąpili do społecznej służby w JOPR… Nie trzeba też wspominać, że wszelkiej pomocy udzielano ludziom potrzebującym ratunku - bezpłatnie.

Tymczasem Tabor zrobił się popularny. Biwakowali tam często tacy sławni alpiniści jak choćby Piotr Pustelnik, Janusz Nabrdalik, Ryszard Pawłowski czy Andrzej Machnik… Jednakże mankamentem Taboru była odległość od skał, do których trzeba było dreptać drogą asfaltową męczący kawałek.  Z chwilą więc gdy znana zawierciańska firma BODEKO wykupiła i przebudowała Hotel „Ostaniec” w Podlesicach, tworząc przy nim duże pole namiotowe, wspinacze przenieśli się tam. Na Taborze zostali już tylko ratownicy. W tej sytuacji  JOPR wydzierżawił od Gminy Kroczyce Tabor, tworząc tu swoją Centralną Stację Ratunkową i Ośrodek Biwakowo- Szkoleniowy.

Irena i Piotr van der Coghen przekazali JOPRowi posiadane samochody terenowe UAZ aby można je było zmodernizować na samochody ratunkowe.

Aby Tabor i JOPR jakoś utrzymać prowadzona przez Irenę i Piotra van der Coghenów Szkoła Survivalu Narciarstwa i Alpnizmu „VANCROLL” prowadziła letnie obozy survivalowe dla dzieci i młodzieży nazwane „SZKOŁĄ TYGRYSÓW” albo szkołą ruchu i odwagi. Walory tej cichej bazy i wspaniałą atmosferę, doceniono organizując tu obozy terapeutyczne dla młodzieży uzależnionej od alkoholu i narkotyków, obozy młodzieży trudnej oraz obozy dla osób niepełnosprawnych. Do najciekawszych należały zajęcia wspinaczkowe w skałkach prowadzone przez ratowników JOPR dla dzieci niewidomych i niedowidzących oraz zwiedzanie jaskini Głębokiej przez osoby sparaliżowane…

Tabor stał się dla wielu młodych ludzi miejscem szczególnym. Trafiali tu pasjonaci gór i ratownictwa. Chłonęli tu atmosferę starej szkoły górskiej i przewodnickiej. Tu zawsze można było przysiąść na ławie czy przy ognisku i wysłuchać gawęd opowiadanych przez starych ratowników…

Po pewnym czasie okazało się, że wypadki zdarzają się często i w innych rejonach Jury. Konieczny był rozwój organizacji, na który nie pozwalały wątłe i niestabilne fundusze Piotra van der Coghena. JOPR chcąc skutecznie spełniać swoje cele statutowe, musiał stać się instytucją, przynajmniej części dofinansowaną na takiej zasadzie jak GOPR i TOPR. W tej sytuacji w 1998 roku Zjazd Delegatów GOPR w Zakopanem podjął uchwałę o powstaniu Grupy Jurajskiej GOPR na bazie sił ludzkich i technicznych JOPR, który uległ samorozwiązaniu, tworząc oddział terenowy GOPR.  Naczelnikiem GJ GOPR ratownicy wybrali znów Piotra van der Coghena.

Tymczasem zaczęli w końcu pojawiać się ludzie, którzy postanowili realnie pomóc ratownikom. Pierwszym, który kupił atestowane uprzęże alpinistyczne był właściciel gazety „Życie Częstochowy”, potem Związek Gmin Jurajskich zakupił francuskie nosze jaskiniowe. Zdecydowanie największej pomocy udzielił ratownikom Jurek Owsiak z Fundacji WOŚP, który przekazał sprzęt ratunkowy i techniczny, ekwipunek ratowniczy dwa quady z przyczepkami ratunkowymi, nowoczesny samochód terenowy i skuter śnieżny…

W 2000 roku Grupa Jurajska GOPR przeniosła się z Taboru do zmodernizowanego na potrzeby Pogotowia budynku po byłej dwuklasowej szkole podstawowej w Podlesicach, zakładając tu swoją Centralną Stację Ratunkową. Zorganizowano nowoczesną Dyspozytornię z 6 liniami telefonicznymi i dwoma radiostacjami. Pomieszczenia dla psów ratowniczych, na sprzęt alpinistyczny i nurkowy. Powstały garaże pojazdów ratunkowych, magazyny, ambulatorium i sale wypoczynku dla ratowników pełniących tu dyżury całodobowe…

Tymczasem Tabor stał się Bazą Biwakowo-Szkoleniową Ratowników Górskich. Irena i Piotr van der Coghen prowadzili tu nadal obozy dla młodzieży i szkolenia alpinistyczne dla ratowników górskich, komandosów, policjantów i strażaków z brygad wysokościowych.

Groźny czas próby przyszedł gdy Gmina Kroczyce postanowiła sprzedać Tabor, będący nadal jej własnością. GOPR otrzymawszy budynek w Podlesicach musiał Tabor oddać gminie. Ogłoszono przetarg, na który przybyli ludzie mający zamiar wybudowania w tym miejscu luksusowego hotelu. Podczas licytacji podbijano cenę do absurdalnych rozmiarów. Irena i Piotr van der Coghenowie walcząc rozpaczliwie wygrali go w końcu płacąc przeszło 200 % ceny wywoławczej. Wydali na to wszystkie swoje oszczędności i zadłużyli się na lata, ale Baza zachowała już na zawsze swój charakter, młodzieżowego, kamienno-drewnianego taboriska. Takiej zaczarowanej bazy młodych ludzi dobrej woli…

Ponieważ GOPR na Jurze był już dobrze zorganizowany, Piotr van der Coghen wymyślił z kolei finansowany znów przez siebie program wychowawczy JURAJSKA SELEKCJA, do którego mógł bezpłatnie dołączyć każdy młody człowiek w wielu licealnym, planujący w przyszłości zostać ratownikiem, komandosem, strażakiem bądź policjantem AT. Młodzież miała zajęcia na Taborze w każdy weekend. Sobota była dniem technicznym, podczas którego młodzież uczyła się używać młotka, piły, wkrętarki, przymiaru kątowego itd. itd. tworząc na Taborze drewnianą infrastrukturę obozową według własnego pomysłu. Niedziela była dniem sportowym, podczas którego młodzież uczyła się wspinaczki, groto łażenia, pływała na pontonach, poznawała ciekawe tereny Jury, uczyła się survivalu, terenoznawstwa i pierwszej pomocy. Warunkami uczestnictwa były: solidność, punktualność, rzetelność, zaangażowanie, zarzucenie wszelkich „atrakcji” typu alkohol, dopalacze i narkotyki, a także kulturalne zachowanie się. W razie niestosowania się do tych zasad z Selekcji można było wylecieć bez prawa powrotu…

Niejako w międzyczasie powstawało Muzeum Ratownictwa i Sportów Górskich. Eksponaty zbierane z mozołem przez 30 lat przez Piotra van der Coghena zaczęły przybierać pokaźne rozmiary… Podczas procedowania ustawy o ratownictwie górskim w Sejmie zorganizowana została z tych eksponatów Wystawa „1000 lat Ratownictwa górskiego na świecie”.  Cóż zawierała? Przede wszystkim odtworzono postaci pierwszych ratowników, alpejskich mnichów, potem pierwszych ratowników TOPR w strojach podhalańskich i ubraniach narciarskich i taternickich z epoki, potem kurierów tatrzańskich, następnie ratowników z lat 60, 70 i 80 ubiegłego wieku, potem pierwszych ratowników JOPR z lat 90-tych i oczywiście dzisiejszych ratowników górskich GOPR/TOPR wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt zimowy: narciarski i lawinowy, Jaskiniowy oraz do Ratownictwa w Szybko Płynących Wodach.  Każda postać miała narty, czekan, raki, radiotelefon lub innych sprzęt stosownie do epoki, którą reprezentowała. Kolekcja rakiet śnieżnych, starych nart, skórzanych butów narciarskich, plecaków, czekanów, toboganów, różnych źródeł światła, lin alpinistycznych, akii i narto-toboganów dopełniała obrazu, na którym młodzież uczyła się rozwoju sportów ekstremalnych i ratownictwa.

Na ścianach wisiały historyczne zdjęcia początków TOPR sprzed 100 lat, początków GOPR sprzed 50 lat oraz JOPR sprzed 10 lat… Plastyczna mapa świata uświadamiała jak Ziemia jest pięknie ukształtowana. Młodzież mogła wysłuchać prelekcji i obejrzeć na ekranie filmy o szkoleniach ratowników i akcjach ratunkowych a potem usiąść w zadaszonym kręgu przy ognisku…
Nad wszystkim wisiał napis: „Aby pomoc nie przyszła za późno…”

W 2007 roku Piotrowi van der Coghenowi zaproponowano start w wyborach do Sejmu. Po początkowych oporach i długim namyśle, przekonała go świadomość konieczności przeprowadzenia ustaw regulujących status organizacji ratownictwa górskiego i wodnego, więc  zgodził się i został wybrany Posłem z ramienia PO. Tym samym opuścił swoje ukochane Pogotowie i wyjechał do Warszawy.  Na Taborze została Szarotka. Piotr swą funkcję naczelnika GJ GOPR zdał na ręce Zarządu. Nie mniej na wszystkie weekendy wracał i spędzał je nadal na Taborze z młodzieżą, ucząc ją afirmacji życia i przygotowując na trudy, znój i zaskakujące koleje losu.

Taboru nadal żadna firma nie chciała ubezpieczyć. Kto bowiem ubezpieczy obiekt mający charakter improwizowanej górskiej chatki studenckiej połączonej z bezcennymi zbiorami historycznymi?…

W 2012 roku Piotr po powrocie z misji humanitarnej z Afryki Środkowo- Wschodniej, rozchorował się. W lutym 2013 roku karetka reanimacyjna odwiozła go na sygnale wprost z Sejmu do Centralnego Szpitala Klinicznego MSW na oddział Kardiologii.

27 marca 2013 roku Szarotka pojechała do pracy, ich niepełnosprawna córeczka Nicole została zawieziona do szkoły. Piotr pojechał na operację do Szpitala w Zawierciu.
Podczas gdy go operowano, Tabor nieoczekiwanie stanął w płomieniach, które strawiły wszystko. Zarówno cenne zbiory, sprzęt do szkolenia młodzieży jak i wszelkie rzeczy osobiste gospodarzy, w tym pamiątki rodzinne, zbiory korzenioplastyki, zbiór Gongów i Mis Tybetańskich a także zbiory etnograficzne z całego świata zbierane przez całą rodzinę przez kilkadziesiąt lat…
Piotr został w szpitalu tylko w dresie i z laptopem, który jako pracoholik wziął ze sobą do szpitala.

W wypalonych pomieszczeniach nie zostało nic. Zniknęły zarówno podwieszone pod sufitem chorągiewki modlitewne nepalskich Szerpów, nóż Kukri Gurkhów, korkowe hełmy tropikalne, maczeta afrykańska, maski indyjskie, pióropusze Indian północnoamerykańskich,  muszle znad Pacyfiku, jak i wyrzezany w drewnie lipowym góralski Chrystus Frasobliwy…

Najstraszniejsza strata?  
To niepozorny, metalowy kieliszek wyklepany w tajemnicy przez więźniów hitlerowskiego obozu koncentracyjnego z karabinowej łuski. Kieliszek w którym więzień-ksiądz udzielał komunii świętej współwięźniom, a  którą ojciec Piotra przywiózł z obozu, w którym był więźniem-lekarzem… Był to kawałek metalu, w którym zaklęte były olbrzymie emocje: cierpienie katowanych ludzi, niezłomna wiara i rozpaczliwa nadzieja na ocalenie…

Najszczęśliwsze zdarzenie?
Tego dnia Nicole była tak bardzo senna, że rodzice zastanawiali się czy nie zostawić jej w łóżku i nie dać jej spać do południa…
W końcu jednak zdecydowali, że ma iść do szkoły…

Nicole jest na tyle bezradna, że gdyby ogarnął ją dym i płomienie - usiadłaby płacząc w kąciku i wołałaby rozpaczliwie: - Mama!
Gdyby tym razem została na te kilka godzin sama, spłonęłaby żywcem…

I to, że tak się nie stało,  jest najszczęśliwszą wiadomością z opowiadania o „Taborze w ogniu”…

Piotr van der Coghen

Podlesice dnia 28 marca 2013 r

Komentarze:


 

 

Captcha  

2013-03-28 12:18:57, Gość

Panie Piotrze wraz z małżonką i całą Pana rodziną. Miałam okazję kiedyś Państwa poznać jako przemiłych ciepłych ludzi mimo sytuacji w jakiej dane nam było się spotkać byli Państwo naprawdę bardzo kulturalni i mili. W obliczu tej tragedi jaka Państwa dotkneła nie można powiedzieć nic pokrzepiającego oprócz tego że rodzina jest cała i zdrowa. Pan, żona i córka życzę powrotu do zdrowia i masy dobrych ludzi a tych ma Pan na swojej drodze napewno. Pozdrawiam

zgłoś nadużycie

2013-03-28 12:35:11, ldwalker97@gmail.com

Witaj Piotrze!Właśnie przeczytałem historię TABORU i jestem zafasccynowany jego historią;tym bardziej zmartwiła mnie przeczytana informacja o pożarze i zniszczeniu tego obiektu.Niestety,nie posiadam żadnego zawodu(typu cieśla,murarz czy tym podobny),ale gdybym mógł się przydać do prostych spraw i prac budowlanych(kiedyś pracowałem jako pomocnik murarza i dekarz)- daj znać - kiedy , apostaram się przybyć , by pomóc Ci w odbudowie Taboru.Kontakt:790654568 lub mail :ldwalker97@gmail.com.Pozdrawiam-Walker.P.S.Wielkie szczęście,że w tym feralnym dniu mimo wszystko zdecydowaliście się zawieżć Nicole do szkoły.Pozdrowienia dla Szarotki.I jeszcze jedna sprawa - jestem członkiem Pokojowego Patrolu WOŚP-u.

zgłoś nadużycie

2013-03-28 14:42:27, zef

Niech Zmartwychwstały ma Was w opiece a Jego miłość, mądrość i moc pomoże nam odrodzić Wasze dzieło.

zgłoś nadużycie

2013-03-29 11:56:59, Krzysiek Sobiecki

Panie Piotrze ... jeśli można pomóc, w jakikolwiek sposób, nie tylko finansowy, proszę o informację poprzez te stronę. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia i wytrwałości.

zgłoś nadużycie

2013-03-30 19:42:53, Gość

Po każdej burzy wychodzi słońce ! Więc i po tej tragedii na pewno przyjdą lepsze dni. Największej tragedii - śmierci ludzi w tym pożarze udało się uniknąć, i to jest najważniejsze. Budynek się odbuduje, wspomnienia zostaną ! A w razie potrzeb, na pewno wiele osób pomoże !

zgłoś nadużycie

2013-03-30 22:49:19, Rysiekdec

Panie Piotrze wiem, że oczy bolą od czytania naszych komentarzy zatem krótko dołączam się do wszystkich współczujących Panu i pańskiej rodzinie. To czas trudnej próby i mam nadzieję, że przebrniecie przez to zwycięsko bo najpiękniej świeci słońce po strasznej burzy. Pozdrawiam serdecznie. Proszę pisać jeśli czegoś potrzebujecie. Nie jesteście sami :)

zgłoś nadużycie

2013-04-03 15:57:15, Alina

Trudno znaleźć słowa na takie chwile. Wyobraźni nie starcza, by móc powiedzieć: "Wiem, co Państwo czują"... Wielu dobrych ludzi wokół życzę i sił, by zacząć od nowa. Ogromny szacunek za to, czego dokonali Państwo w życiu. Za wszystko to, co nigdy nie spłonie.

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga