pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

ZA IN VITRO – DOŻYWOCIE?

Przywódca pewnej polskiej partii opozycyjnej (Który Oby Żył Wiecznie) zaproponował nie tak dawno wprowadzenie ustawy, w której określono by karę więzienia dla osób parających się zabiegami IN VITRO. Rozwiązanie ciekawe, aczkolwiek zastanawiający jest przewidywany wymiar kary za ten proceder: dwa lata!
Skojarzenie nasuwa się automatycznie: Zupełnie jak za jazdę „po pijaku”…

 Zasadniczo jestem przeciwnikiem wsadzania ludzi do więzień, jeśli nie stanowią zagrożenia dla innych, ale ta kontrowersyjna propozycja legislacyjna stawia nas wszystkich pod ścianą i zmusza do wyraźnej, ostatecznej odpowiedzi na podstawowe pytanie: w którym dokładnie momencie powstaje ŻYCIE? 

A więc:

- Czy utworzony zarodek JEST już de facto życiem ludzkim CZY TEŻ NIE? 
- Czy zarodek jest pełnowartościową drobinką wszechświata, w której zakodowane zostało wszystko to, co po rozwinięciu będzie stanowiło w 100 % o życiu i kształcie człowieka: płeć, kolor oczu, włosów, wzrost, inteligencję… Czy jest jedynie początkową, niekompletną tkanką, która tak naprawdę o niczym nie decyduje…

Bez określenia tego aksjomatu dyskusja o IN VITRO staje się straszliwie skomplikowana, żeby nie powiedzieć beznadziejna.

Mamy chyba problem. Bo jeśli uznamy, że każdy zarodek JEST już pełnym życiem, to wspomniana propozycja wymiaru kary za IN VITRO wydaje się jakimś żartem bądź nieporozumieniem gdyż należy pamiętać, że zabicie człowieka z premedytacją jest uznawane w polskim kodeksie karnym za zbrodnię, za którą przewiduje się wyrok do dożywocia włącznie. 

Ale jednocześnie powszechnie jest stosowany środek antykoncepcyjny zw. „spiralką”, który uniemożliwia zagnieżdżenie się zapłodnionego jaja w ścianie macicy i powoduje, że już zapłodnione zarodki bezpowrotnie giną… analogicznie jak te, które przy IN VITRO nie zostałyby zamrożone.
A przecież "spiralki" są w Polsce legalne!

Nie dziwmy się więc, że skołowani ludzie przyjmują bezkrytycznie zupełnie skrajne teorie…

***

Ze swojej strony rozumiem, że pragnienie posiadania własnego potomstwa jest naturalnym dążeniem każdego człowieka…
Nie chciałbym jednak w tym miejscu nikogo urazić, ale uważam, że tak rozpaczliwe i za każdą cenę, staranie się o WŁASNEGO potomka, jest przejawem naszej straszliwej, ludzkiej pychy. Dlaczego bowiem koniecznie musimy mieć dziecko WŁASNE? Dlaczego? Bo staramy się mu przekazać nasze wyjątkowe geny? 
A w czymże to MY jesteśmy tacy wybitni?

A może te nasze geny nie są tak wyjątkowe jak nam się wydaje? A może to tylko loteria, którą Pan Bóg (lub jak kto woli: Los) się z nami bawi?

Mówiąc o IN VITRO jako o antidotum na bezdzietność, mówimy o próbie zaradzenia tragedii ludzi nie mogących mieć SWOICH dzieci, dla których ta przypadłość jest nieszczęściem. Ale zastanówmy się czy ci marzący o potomku rodzice z taką samą tęsknotą i radością przyjmą bez zastrzeżeń KAŻDE dziecko, którym ich los obdarzy?

Czy na pewno ludzie tak bardzo pragnący dziecka, będą nadal tak bardzo go chcieli, gdy dowiedzą się np., że powstały z ich organizmów i losowo przygotowywany zarodek, jest początkiem rozwoju ciężko uszkodzonego genetycznie płodu czyli w efekcie niepełnosprawnego dziecka? Że do końca życia będą musieli opiekować się tą bezradną istotą? Istotą dla której będą, być może, musieli zrezygnować ze swoich ambicji, planów życiowych, marzeń, pracy zawodowej, kariery?
Przy którym ich własne życie może zmienić się w gehennę?...

Pytam, powieważ wciąż, z ogromną pychą „poprawiamy” Pana Boga przesuwając np. granice życia i śmierci w coraz bardziej dowolny sposób (np. wykonując tak oczekiwane przeszczepy).

Niestety rowój nauki umożliwiający te pozytywne działania ma też drugie dno, bo jeśli w nieskończoność będziemy żądać od nowoczesnego świata coraz bardziej szalonych realizacji naszych oczekiwań, to za chwilę ktoś zażąda żeby lekarz zagwarantował, że "tworzone" dziecko już na etapie zarodka było na pewno: zdrowe, inteligentne, wysokie, zgrabne oraz określi płeć i kolor włosów.
Niestety jeśli będzie to tylko technicznie możliwe, to nie wierzę, żeby nikt nie próbował skutecznie wpłynąć na los, gwarantując sobie odpowiedniego potomka za odpowiednią opłatą…

Słyszę co prawda, wypowiadane oświadczenia, że selekcja zarodków będzie zakazana… Ale to przecież w praktyce niewykonalne. Przecież przy mnogości zarodków w ciszy i cieniu laboratoriów da się zrobić wszystko… Zakaz selekcji i groźba ewentualnych kar spowodują tylko zwiększenie kosztów koniecznej „cichej dopłaty”, bo cena wzrasta zawsze wraz z podniesieniem się ryzyka.

***

A przecież znacznie mniej ryzyka niesie ze sobą adopcja dziecka z sierocińca… Atutem dla tych ostrożnych, marzących o ideałach jest to, że mają wówczas jasność jakie to dziecko jest. Mają prawo wyboru np. ładnej, wysportowanej i rozświergotanej blondyneczki. Wiedzą, że los pozbawił tego dziecka jedynie – ciepła i miłości najbliższych. Miłości, którą z kolei oni mogą go szczodrze obdarzyć i która do nich kiedyś wróci… gdyż prawdziwa, rozsądna miłość zwykle wraca…

Bowiem warto pamiętać, że prawdziwym rodzicem nie jest ten, który spłodził dziecko, ale ten co je w trudzie i z mozołem, dzień po dniu - wychował…

***

Ludzie pragną mieć dzieci aby przelać na nie swoje marzenia, uczucia, pasje. Chcą mieć również w nich oparcie na starość lub przekazać swój życiowy sukces.  To zrozumiałe.
Muszę jednak przeprosić zainteresowanych, ale już sama „techniczna” możliwość zagwarantowania sobie wybitnego, wyselekcjonowanego  potomka, jest po prostu dyskryminująca wobec milionów innych ludzi, otrzymujących od losu dzieci w sposób naturalny, a więc ponoszących za każdym razem nieprzewidywalne ryzyko stanu zdrowia, umysłu i urody przyszłego noworodka…

A mnie osobiście potencjalna perspektywa tworzenia "super rasy" jakoś źle się kojarzy.

***

I właśnie dlatego jestem przeciwnikiem IN VITRO.

Piotr van der Coghen
Warszawa, 13 września 2012 r 

Komentarze:

Możliwość dodawania komentarzy została już wyłączona.

Wróć do bloga