pl en ru de es fr it
"KTO W SWYM ŻYCIU OCALIŁ CHOĆ JEDNO ISTNIENIE, NIE URODZIŁ SIĘ NA DARMO"

Wróć do bloga

BIAŁA ŚMIERĆ

Ileż radości jest w białym puchu pozwalającym ślizgać się dzieciom na saneczkach. Aż trudno sobie uświadomić, że te urocze gwiazdeczki mogą zamienić się w upiorną masę, która pędząc z potworną szybkością i siłą, potrafi wyssać życie nawet z najlepszych Ludzi Gór…

Dziś znów śnieżyca szaleje za oknami. Wiatr wyjąc, tłucze okiennicami i pędzi białe tumany oklejające wszystko grubą warstwą puchu.  Patrzę na te białe, wirujące płatki z okna Centrali GOPR z zadumą, że są tacy koledzy, którzy nie usiądą już z nami przy kominku i wpatrując się w płonące szczapy, nie będą gawędzić o przeżytych w górach akcjach, wyprawach i niezwykłych zdarzeniach…

Mateusz Hryncewicz zwany przez kolegów MATEO... Pamiętam Go, gdy przyszedł do Pogotowia z grupą kolegów z wrocławskiej fundacji survivalu SAS. Wesoły blondynek o rozwichrzonej czuprynie.  Miał wówczas 16 lat. Z początku przyjeżdżał jako wolontariusz, posiadający jedynie status członka wspierającego GOPR. Jednakże, jako ówczesny Naczelnik utworzyłem dla podobnych Mu Młodzieżową Sekcję Wsparcia, legitymizującą ich obecność na Centrali GOPR, a On wykorzystał ten czas, ucząc się w Grupie Jurajskiej GOPR wspinaczki, węzłów, narciarstwa i groto łażenia.  Był zawsze pogody i pełen pomysłów, co było tym bardziej zaskakujące, że pochodził z rozbitej rodziny, której ciężko było przedzierać się przez życie…  
Być może właśnie dlatego tak lgnął do Szarotki i do mnie, traktując nas niemal, jak swego rodzaju Guru, albo raczej swoich zastępczych rodziców. A myśmy mu po prostu, jak każdemu młodemu człowiekowi, dobrze życzyli, ucząc go życzliwie wszystkiego co w górach umieć trzeba.  On, przychodził często wieczorami do naszego domu na herbatę z sokiem, zwierzając się i radząc w kluczowych decyzjach swojego młodego życia. Opowiadał o trudnościach, o dziewczynach, o problemach szkolnych i domowych. O swoich planach i pomysłach, których miał zawsze tysiące.
Pamiętam na przykład, długie, nocne dyskusje o tym, czy ma startować w konkursie pewnej firmy produkującej słodkie batony, a organizującej w ramach reklamy casting, na egzotyczną wyprawę do Ameryki Południowej.  Miał zawsze fart! Wygrał ten casting i pojechał w Andy na swoją pierwszą, wysokogórską wyprawę. Wyprawę swojego życia, podczas której zakochał się w górach wysokich, bez reszty...

A w końcu nadeszła, nasza najtrudniejsza rozmowa, w której, opisując nam swe marzenia o górach Najwyższych, wyjawił nam z trudnością, swój plan przeniesienia się od nas, do służby górskiej w Karkonoszach… Nie ma co ukrywać, że jednym z ważnych argumentów był też fakt, że rozpoczął studia, a na dyżury ratownicze miał  z Wrocławia w Karkonosze po prostu bliżej... Ponieważ jednak, był wtedy jeszcze ratownikiem-kandydatem GOPR, więc poradziłem Mu, żeby się nie śpieszył. Żeby poczekał i najpierw uzyskał u nas pełne uprawnienia ratownicze, a dopiero potem się przeniósł.  Mateo posłuchał mojej rady. Zgodnie z naszą umową w porozumieniu z  ówczesnym Naczelnikiem Grupy Karkonoskiej GOPR Maciejem Abramowiczem, wysłałem Go na ratowniczy kurs Pierwszego Stopnia w Karkonosze… Tej samej jesieni podczas obchodów Święta Błękitnego Krzyża Mateo złożył uroczyste Przyrzecznie Ratownicze, w gronie kolegów z Grupy Jurajskiej GOPR, z którym się zżył przez te lata, a GOPRowską „blachę” otrzymał z moich rąk podczas tradycyjnych uroczystości w jaskini...

Nadeszła wreszcie zima, a dla Mateo rozpoczął się nowy rozdział życia: służba ratownika GOPR w Karkonoszach, górach zupełnie innych swym charakterem i zagrożeniami od Jury.

Czas przyśpieszył i szybko minął mu rok i drugi. 22 letni Mateo zaangażował się bez reszty w szkolenia, akcje i dyżury w karkonoskich schroniskach i na stokach narciarskich. Interesował się szczególnie problematyką zagrożeń lawinowych. Rozwijając to hobby, starał się ukończyć wszystkie specjalistyczne szkolenia w tym zakresie. 
Odkrył też w sobie jeszcze jedną pasję: zaczął kręcić filmy swoją kamerą, którą jako chłopak niezamożny, nabył kosztem wielkich wyrzeczeń.  Ostatni z tych filmów, to reportaż z życia ratownika GOPR. Jest to właściwe film o Nim samym. Gra w nim bowiem główną rolę. W ostatniej scenie otrzymuje przez radiostację zgłoszenie o lawinie, która porwała narciarzy. On wówczas szybko ubiera się, bierze narty, apteczkę, radiotelefon i wychodzi z ciepłej dyżurki w mroźny, lodowaty świat zasypanych śniegiem gór…

Są ludzie, którzy twierdzą, że w tym ostatnim filmie, przewidział swoją śmierć…

8 lutego 2005 roku pełniąc dyżur ratowniczy GOPR w schronisku Strzecha Akademicka, razem ze swym dyżurnym partnerem, Danielem Ważyńskim, wyszli na standardowy, ratowniczy patrol narciarski. Był piękny dzień. Ostre słońce swymi promieniami rozświetlało radośnie zastygłe pod zmrożoną skorupą śniegu i lodu Karkonosze. Nad głowami mieli błękitne niebo. Stanęli na grzbiecie ponad Kotłem Małego Stawu, chłonąc całą piersią, piękno tych gór. W taki dzień, aż chce się żyć! Warunki narciarskie były wyśmienite. Zagrożenie lawinowe w żlebie - bliskie zeru. W tej sytuacji postanowili zjechać szybko do schroniska „Samotnia” cudownym Żlebem Slalomowym, marzeniem wielu narciarzy.

O tej porze, tradycyjnie, wielu turystów opalało się przed schroniskiem. Nadeszła godzina 11:30, gdy wtem, wszyscy z przerażeniem zobaczyli, że ze szczytowej grani, nagrzewanej promieniami słońca odrywa się, potężny, wielotonowy nawis śnieżny i z typowym, głuchym stęknięciem, rusza w dół porywając ze sobą miliony ton śniegu z całego zbocza… Góry zatrzęsły sie od przerażającego łoskotu. Na oczach turystów rosnąca lawina pędzi w dół, coraz szybciej i szybciej! W ciągu kilkunastu sekund dogania dwie maleńkie postacie ratowników pędzących co sił w dół na nartach i próbujących rozpaczliwie ujść przeznaczeniu…

Po kilkunastu sekundach biały pył ogarnął wszystko… A w chwilę później masy śniegu zatrzymały się u podnóża góry i zastygły nieruchomo, zakrzepłe tak, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło.
Nastała cisza. Taka okropna, śmiertelna cisza, która paraliżuje każdy odruch ludzki…

Ocknąwszy się z chwilowego szoku, świadkowie zdarzenia ruszyli pędem na lawinisko. Rozdzwoniły się telefony. W trybie alarmowym wezwano na miejsce katastrofy  wszystkich karkonoskich ratowników GOPR z okolicy. Zawiadomiono kolegów-ratowników z czeskiej Horskiej Slużby. Z wyciem silników nadjechały pierwsze skutery śnieżne. Ściągnięto psy lawinowe, które poszczekując rozpoczęły z zapałem swoja pracę. W pobliżu schroniska wylądowały kolejno dwa śmigłowce. Jeden sanitarny z polskiego Lotniczego Pogotowia Ratunkowego i  drugi  z czeskiej Policji… Rozpoczęło się intensywne sondowanie lawiniska i  wiele innych czynności poszukiwawczych mających na celu maksymalnie szybkie i skuteczne odnalezienie zasypanych.

Lawina miała 250 metrów długości i 8 metrów miąższości. Człowiek w takich warunkach jest drobinką, którą trudno znaleźć w zbrylonych masach śniegu i lodu. Tym bardziej, że czas pędzi jak oszalały i z każdą minutą szanse na przeżycie zasypanych radykalnie maleją …

Wydawało się jednak, że szczęście sprzyja ratownikom. Po godzinie poszukiwań znaleziono zasypanych w lawinowym zwałowisku, na głębokości około 3 metrów. Nieprzytomnych, ale ŻYWYCH!  
To nie zdarza się zbyt często! Ludzie w zależności od gatunku lawiny, giną w nich uduszeni, bądź zmiażdżeni i okaleczeni przez niesione śniegiem i mielone wraz z porwanym ciałem głazy. Jednak teraz tak się na szczęście nie stało.

Uratowani, potracili w lawinie część odzieży, więc ich częściowo obnażone ciała, oblepione śniegiem, były straszliwie przemrożone - ale oddychali! Jedno było pewne: trzeba było ich natychmiast ewakuować  z mroźnego lawiniska do specjalistycznego szpitala. Ogrzewać stopniowo. Podać leki i tlen. Przetaczać ogrzaną krew. 

Pierwszego odnalezionego ratownika wziął więc natychmiast na pokład polski śmigłowiec sanitarny LPR i poleciał z nim szybko na północ, do  szpitala w Jeleniej Górze. Ponieważ czas naglił, więc nie czekano już na jego powrót i natychmiast po wydobyciu Mateo z lawiniska, śmigłowiec czeskiej policji, zabrał Go na pokład i lecąc nad Karkonoszami skierował się na południe, do czeskiego szpitala w Hradec Kralove…

Mijały długie godziny… w obu szpitalach trwała rozpaczliwa walka o życie ratowników, a na dyżurkach GOPR zapadła nerwowa cisza, pełna wyczekiwania na dobą wiadomość.  W końcu... jeszcze tego dnia wieczorem,  przyszły wieści, ale ponure:  ani lekarzom polskim, ani czeskim, nie udało się uratować odnalezionych chłopaków... Zmarli Oni, na skutek ciężkiego, nieodwracalnego wychłodzenia organizmów…

***

Piję gorącą kawę i patrzę na zimowy świat. Śnieg nadal pada za oknem, niesiony przez lodowate podmuchy wiatru...
Cóż… Odeszliście Koledzy wówczas na swą ostatnia wyprawę...
Dziś, opatuleni w czerwone, GOPRowskie polary, dorzucacie pewnie do ognia kolejne szczapy w niebieskim kominku u Najwyższego Gazdy. Grzejecie tam pewnie, swoje zmarznięte kości, gawędząc z Nim o górach, sympatiach, wspinaczce i nartach. Pijecie jak zwykle ulubioną herbatę z sokiem, która, jak mawiał klasyk, powinna być jak wymarzona dziewczyna: słodka, gorąca i 
do zawrotu głowy - aromatyczna... Być może, Mateo, kręcisz tam swój kolejny, wspaniały film o górach i ludziach...  
Myślę sobie, że masz, jak zwykle, niesamowity fart:  przecież żyjąc tu, na Ziemi, nie wspiąłbyś się nigdy, tak wysoko jak teraz…

 Piotr van der Coghen
słowa te skreśliłem dnia 8 lutego 2015 roku w Podlesicach

Komentarze:


 

 

Captcha  

2015-02-08 16:07:13, Magda

Wzruszające wspomnienie... Czy jest możliwość obejrzenia filmów Mateusza w internecie?

zgłoś nadużycie

2015-02-10 10:35:47, magda

Wzruszajaco przepiekne!

zgłoś nadużycie

2015-02-24 21:45:58, mama Mateusza

Panie Piotrze,dziekuję Panu za to wspomnienie,no cóż Goprowcy z Jury zawsze pamietaja o moim synu i ich ratowniku.Dziekuje Panu za to wspomnienie a Szarotce za to ,ze po tej tragedii poswiecała mi wiele czasu wysłuchując przez telefon moich zali i wspomnień o Mateuszu.Pozdrawiam serdecznie Pana i rodzinę ,oraz wszystkich ratowniuków zawodowych i ochotników.Cieszę się,ze o Mateuszu wciąż pamietaja jego znajomi.

zgłoś nadużycie

2015-03-14 16:10:40, Gość walenty świderski

czasami też się boję ale magia gór jest silniejsza ale staram się nie kusić losu

zgłoś nadużycie

Wróć do bloga